Imprezy < WKS - Wolna Kompania Sarmacka

Imprezy

Relacje z imprez w których braliśmy udział.

Nasza najnowsza latorośl osiągnęła słuszny wiek, w którym wypada oswoić się z warunkami obozowymi, postanowiliśmy więc dwa czerwcowe weekendy spędzić pod namiotami, na prorodzinnych piknikach historycznych. A ponieważ pikniki odbywały się w zbliżonych terminach, postaram się je opisać w jednym tekście, co przy okazji da możliwość porównania obu wydarzeń.
 

Ostatnimi czasy, namówieni przez Maziego i Domina z Zielonej daliśmy się zaciągnąć do niewielkiej miejscowości w pobliżu Leszna -- Bukówca Górnego. Impreza była wielką niewiadomą, nieco w starym stylu: za piwo i wurst, bez zwrotu kosztów mieliśmy stłumić kozackie powstanie ku uciesze gawiedzi. Entuzjazm w ekipie był średni, ale skoro obiecaliśmy, wypadało pojechać. Załadowaliśmy więc do fur sześciu walczących, podpięliśmy świeżo zanabytą przyczepkę załadowaną na bogatości i ruszyliśmy na wycieczkę. 

Gdy tylko zeszły głębsze śniegi postanowiliśmy pomanewrować nieco przed sezonem. Od dwóch lat organizowaliśmy w tym celu Scholę Militaris we wrocławskim Arsenale, zapraszając do zabawy gości z zaprzyjaźnionych grup. Niestety, ostatnio frekwencja była taka sobie, pojawiły się również sygnały o zbyt dużym oddaleniu Wrocławia od centrum Wszechświata. W związku z tym postanowiliśmy odpuścić, zwłaszcza że 13 kwietnia rociarze zaplanowali podobnego typu imprezę w Proślicach, położonych w dużo dogodniejszym miejscu.

(...) Bus okazał się 9 osobowy, a w pakiecie przybyli w nim kierowca z pilotem. Przy dźwiękach radosnego "Nu dawaj, dawaj!", udało się nam zmieścić do środka 4 piki, 9 muszkietów, bęben oraz obsadę do tego sprzętu. Na koniec, gdy wszyscy siedzieli (albo przynajmniej znajdowali się na pokładzie) z okrzykiem "Hurra!" na sam koniec dorzucił się Gnom. Tak to Rosjanie przemycili nas przez niemiecko-holenderską granicę - czuliśmy się jak Kubańscy uchodźcy. Wśród przeraźliwych jęków, rosyjskiego hip-hopu oraz uwag w stylu "puść to mój" udało się nam dojechać na miejsce. Obiecaliśmy sobie jednak nigdy nie rozmawiać o tym, do czego doszło w czasie tej przeprawy. Co było w busie, zostaje w busie.

Opadł kurz, wiatr rozwiał popioły palonej słomy, przyszedł czas na odrobinę refleksji. Nie wypada zbytnio relacjonować własnej imprezy, z kronikarskiego obowiązku podsumuję więc tylko co zaszło, a czego nie udało się zrealizować.

Wiedzieliśmy, że będzie ciężko: że będziemy daleko od domu, osaczeni przez białe niedźwiedzie* i Rosjan chcących nas pokonać swoim samogonem. Naszej bandy straceńców nie odstraszyła nawet potworna wizja odcięcia na kilka dni od fejsika roamingiem o bandyckich cenach. Jechaliśmy w piekło.

[1 / 6 ] >>