Relacja z wyjazdu do Turcji
(wrzesień 2001)

 

Turcja cz. 2

Dzięki nim zobaczyliśmy meczet w Taksimpasa, Dom Grecki i winiarnię(z degustacja wina) w Mustafapasa i skały w Devrent. Panie zatrzymały się przy baśniowych kominach bo sądziły że jeszcze ich nie widzieliśmy. Same oglądały je dzień wcześniej, ale ze względu na nas, choć zmęczone poszły tam jeszcze raz! Niech mnie coś pokręci jeśli jeszcze raz w życiu wymsknie mi się powiedzenie „stara Niemra”!

 

Dowiozły nas do Goreme, pożegnały się i zniknęły za zakrętem. Tak jakby ich nigdy nie było. Aż trudno uwierzyć że można jeszcze spotkać takich ludzi. Następnego dnia udaliśmy się do wąwozu Ihlary , pięknego wąwozu długiego na 16 km i wijącego się wzdłuż obrośniętej wierzbami i topolami rzeki. Lokalny Grand Canion.

 

W ogóle nasze pojawienie się wywołało niemałą sensację wśród okolicznych dzieci. Mieliśmy towarzystwo przez około 2 km. Po drodze spotkaliśmy grupę Amerykanów z przewodnikiem który poinformował nas , że autobus do Kasary ( ostatni) odjechał pół godziny temu. Widząc mój wzrok „biednej zagubionej w obcym kraju kobitki” zaproponował abyśmy jechali razem z nimi. Nauczeni wydarzeniami dnia poprzedniego uzgodniliśmy cenę i dalej ruszyliśmy wspólnie. Dzięki temu zobaczyliśmy fantastyczny monastyr w Selimie oraz Karawanseraj w pobliskim miasteczku. Zmęczeni w końcu dotarliśmy do Goreme – do domu jak to stwierdził Tomek.

Zdążyliśmy jeszcze kupić bilety do Pammukale na dzień następny, który to zaczęliśmy od oglądania przepięknego kościółu skalnego z niezwykłymi freskami w Cavusin a następnie cały spędziliśmy w rewelacyjnej Dolinie Miłości. Widok niesamowity. Jedna wielka erekcja naszej miłej planety. Przez dobry kilometr prężyły się dorodne skalne peniski. Tomek przewidująco nie wyciągnął swojej ptaszynki, bo mogło by się takie porównanie skończyć niebagatelnymi kompleksami. Doliną Miłości doszliśmy do Uchisaru skąd wróciliśmy już szosą. A potem pozostało nam już tylko zabrać z pensjonatu swoje bagaże, skonsumować pożegnalną kolację i wsiąść do autobusu do Pammukale. Po całej nocy walki z niewygodnym fotelem i zarzucaniem zdrętwiałymi kończynami wszędzie, łącznie z głową siedzącego przede mną Turka (nie miał przyjaznej miny)znaleźliśmy się w Pammukale.

Po kilku godzinach snu w tamtejszym schronisku młodzieżowym, wybraliśmy się na trawertyny i Hierapolis. Jedno i drugie warte było spędzenia pięciu godzin w prażącym słońcu. Niesamowity amfiteatr i nekropolie. Urządziliśmy sobie spacer po okolicznych wzgórzach w poszukiwaniu ruin. Znaleźliśmy migdalącą się parkę, my to mamy szczęście. Oni też. Same trawertyny również niesamowite. Kłębiąca się wata po której spływa woda. Sama nazwa Pammukale oznacza „Bawełnianą twierdzę”.

I słusznie. Po trawertynach można było iść tylko na bosaka. Tomek klął jak najęty. Najchętniej by szedł jak baletnica, na paluszkach (i to najlepiej rąk) bo tak go bolały odciski. Sądząc po różnych dźwiękach, nie tylko jego.

Dnia następnego o niegodziwej porze 4.30 która wskazywała raczej na urządzenie sobie kolonii karnej niż wakacji, zerwaliśmy się by via Denizle dotrzeć jak najszybciej do Soke. Tam na dworcu autobusowym zostawiliśmy nasze bagaże, a sami dolmusem pojechaliśmy do Miletu. Milet zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Co prawda nie spotkałam Talesa ani nawet nie znalazłam śladów tej studni w którejś kiedyś lądował, niemniej jednak jest tu olbrzymi amfiteatr, łaźnie Faustyny i jeszcze pozostałości Nimfeum, buleuterionu, portów i Agory. A z boku stoi opuszczona camii z gniazdem bociana na kopule.

Jedyny mankament to brak powrotnego dolmusa. Turcy sądzą chyba, że po zwiedzeniu zmęczeni turyści siła woli sami „teleportują się do dowolne wybranej krainy”. No ale od czego są nogi i cudze samochody. Przez Belet i Akoy dotarliśmy do Soke. Z tamtąd dolmusami dotarliśmy pod sam Efez. Przy przesiadce w Kuasidasi, heroicznie wykorzystałam wolne 5 min. by zakupić kolejny film do aparatu i arbuza. Los się jednak na mnie zemścił za zbytek przedsiębiorczości bo arbuz okazał się obrzydliwy. Efez okazał się jeszcze lepszy niż podejrzewałam że będzie.

Przy wydatnej pomocy taksówkarzy, którzy przechowali nasze bagaże i podwieźli nas pod główne wejście. Zdążyliśmy wszystko zwiedzić przed zamknięciem. Najdoskonalsza była biblioteka Cersusa. Delikatne płaskorzeźby i fryzy, aż się prosiły aby je głaskać. C U D O W N O Ś Ć!!! Z Efezu już pieszo dotarliśmy do Selcuku, gdzie znaleźliśmy pensjonat z tak niesamowitymi kwiatami, że dosłownie dzika zazdrość mnie ogarnęła, iż można coś takiego wyhodować. Wieczorem poszliśmy na kolację do pobliskiej knajpki. Zamówiliśmy sobie wegetariańskiego kebaba . Jego smak był dość dziwny. Po czym okazało się że kelner nas nie zrozumiał i oczekiwany kebab był z mięsem. Wrr… Ale natychmiast pojawił się kelner z drugiej restauracji biegle posługujący się angielskim, wysłuchał nas w czym problem, po czym dostaliśmy pysznego zaiste kebaba z warzywami i serem.

I nikt z obsługi nie zabijał nas wzrokiem!. Może nie wszyscy Turcy biegle posługują się angielskim ale z pewnością wszyscy przez nas spotkani byli wyjątkowo mili, życzliwi i pomocni. Kolejny dzień spędziliśmy głównie w drodze do Canakale z 5 godzinnym postojem w Bergami (starożytnym Pergamonie) by obejrzeć Akropol i Asklepion. Szczerze powiedziawszy Akropol mocno nas rozczarował. Wszystko wywiezione do muzeów. Została jedynie świątynia Trajana. Ale za to mieliśmy inne atrakcje, niemal traumatyczne .Weszłam w jakieś ruiny gimnazjonu, coś zaszeleściło z prawej strony więc się obróciłam i co zobaczyłam. Ano węża! On mnie też zobaczył. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy, po czym obydwoje uciekliśmy w popłochu. A tak w ogóle to wejście na Akropol (darmowe przez dziurę w płocie i na skróty bez 6 km trawersujących zbocze ) pokazał nam jakiś dziadek, sympatyzujący z ubogimi turystami. Dużo lepiej prezentuje się Asklepios ze świątyni Telesfora i podziemnymi korytarzami do świętej studni. Tylko ta droga … Miało być 2 km od przystanku dolmusów . Pierwszy km przeszliśmy w 5 min. Następny szliśmy przez pół godziny.

Tym Turkom przydało by się repetytorium z podstawowych jednostek miar. Z Asklepjonu do centrum zabrał nas stop dzięki czemu udało nam się złapać dolmusa do Ayvalik. Z Ayvaliku prawie natychmiast złapaliśmy busa do Edremit, skąd autokar zabrał nas do Canacale. Padając na pysk ze zmęczenia wdzięczni byliśmy za naturę Turków, która każe im zaczepiać turystów i proponować noclegi. Hotel sam nas znalazł. Rano chcieliśmy zwiedzić jeszcze Troję, ale dolmusy jeździły zbyt rzadko żeby ryzykować wyprawę.


  12 nie było szans wrócić z powrotem, a o tej godzinie musieliśmy opuścić Canackale jeśli mieliśmy zdążyć na pociąg ze Stambułu do Bukaresztu. Według przewodnika wyjeżdżał on około 20.05 zrezygnowaliśmy więc oglądania Troji (z bólem serca, szczególnie ja ) i złapaliśmy autobus do Stambułu. I szlag nas o mało co nie trafił gdy się okazało, że ekspres do Bukaresztu odchodzi o godzinie 23.00! Serdecznie kurnia podziękowania dla pana Toma Brosnanana i wydawnictwa „Pascal” za nieaktualny rozkład jazdy pociągów. Niech ich szlag jasny a ciasny popieści. W pociągu poznaliśmy zacności wielkiej Benę i Krzysia z którymi spędziliśmy całą niemal dobę, póki nasze drogi nie rozeszły się w Bukareszcie. Niestety dobiła nas cena biletu do Krakowa przez Budapeszt. Powróciliśmy więc do wersji wyjściowej via Suczawa, Czerniowce i Przemyśl. Do Suczawy jechaliśmy pociągiem z Rumuńskimi dziwkami. Jedna z nich, Ramona, potrafiła trochę rozmawiać po polsku, więc nawiązaliśmy wielce pomocną, jak się okazało znajomość. Dzięki jej operatywności zdążyliśmy złapać w Suczawie pierwszy autobus do Czerniowców. A w Czerniowcach dzięki taksówkarzowi – autobus do Przemyśla. Podróż powrotna była przede wszystkim długa i żmudna. Z interesującym incydentem na granicy ukraińsko – polskiej. Chcąc oszczędzić na czasie zrezygnowaliśmy z przekraczania jej w autobusie bo doświadczenia z roku ubiegłego podszeptywały, że będzie to trwać w nieskończoność. Ale gdy na przejściu dla pieszych w Medyce zobaczyliśmy kotłujący się dziki tłum przemytników nasze nadzieje na zdążenie na wieczorny pociąg do Wrocławia niemal legły w gruzach. I pewnie musielibyśmy koczować na dworcu w Przemyślu do rana gdyby nie ludzka solidarność.

Przemytnicy szybko się zorientowali, że maja do czynienia z nieszkodliwymi, ale za to mocno zmęczonymi turystami więc przepchnęli na do przodu a nawet zawołali sami celnika tłumacząc, że my nie przemycamy i żeby nas obsłużono jak najszybciej. Celnicy byli bardziej powściągliwi w entuzjazmie i choć istotnie zaprosili nas niemal natychmiast do odprawy to nie zniechęceni naszym wyglądem zaczęli penetrować bagaże. Ku swojemu estetycznemu szokowi.

Na samym wierzchu kłębił się bowiem przegniły z lekka ręcznik, którego od dwóch dni nie było gdzie wysuszyć, za najbliższe towarzystwo mając brudne skarpetki. Celnik z obrzydzeniem odsunął od siebie plecak i pro forma zapytał co wieziemy. Na co my zgodnym chórem, że tylko wspomnienia i „bakalije dla panny Basieńki”. Tekst z Pana Wołodyjowskiego zapewnił nam natychmiastową odprawę i niedługo później kimaliśmy już usypiani miarowym turkotem kół pociągu wiozącego nas w stronę domu.

Zmęczeni, brudni i szczęśliwi dotarliśmy do Wrocławia przekonani, że trud podróży nie był wcale za wysokim haraczem za te wszystkie piękne, tajemnicze, pachnące odległą historią i inną kulturą miejsca, jakie było nam dane zobaczyć. Wędrówka w stronę antycznych Greckich przyczółków na wschodzie, w stronę mrocznej prostoty kościołów pierwszych niemal chrześcijan, w stronę barwnego, pachnącego i zdumiewającego swoją magią Orientu, była w gruncie rzeczy wędrówką w stronę korzeni własnej kultury.

Tam odnaleźliśmy to co w jakiś sposób skonstruowało nasz dzisiejszy świat, na który wszak składa się zarówno teatr jak i Ave Maria czy też słodki posmak rodzynek. A ja jak zawsze myślę, że te oszałamiające wspomnienia i doznania nie zblakną wraz z upływem czasu w mojej pamięci przede wszystkim dlatego, że mogłam je dzielić z Tobą Kochany.

Więc jeszcze raz Ci dziękuję. Za to, że mogłam poznać tamten świat nie tylko jako rozpościerający się wokół mnie ale również jako odbijający się w Twoich drogich oczach. Ten drugi widok okazywał się równie intrygujący i wciągający. Dlatego z niecierpliwością wypatruję kolejnej naszej podróży.

Twoja Aguś