Relacja z wyjazdu do Turcji
(wrzesień 2001)

 

Turcja cz. 1

Kimkolwiek jesteś – przybywajcie

Choćbyście byli niewiernymi
Poganami, czcicielami ognia – przybywajcie
Nasze braterstwo nie bierze się z rozpaczy
Nawet gdy upadliście na duchu
Ponawiamy nasze wołanie po stokroć - przybywajcie.

Caleleddin Rumi Mesnewi

 

Wyruszamy 16 września 2001r. Tomek,ja i kot. Ten kot to niezły numer. W Katowicach ma go odebrać nasza koleżanka. Podróż z kotem nieco mnie przeraża bo mam już pewne doświadczenia w tej materii. W wersji optymistycznej kot będzie się przez całą drogę darł niemiłosiernie dręcząc nas i wszystkich współpasażerów. Wersja pesymistyczna zakłada, że kot będzie jeszcze dodatkowo srał i rzygał. Super nie? My to potrafimy sobie zapewnić wszelkie atrakcje. Tomek zważył nasze plecaki. Mój 6,5 kg , jego bagatela 19 kg . Dobrze że nie czekają nas żadne dwutysięczniki.

Kot nas mile rozczarował. Zwinął się w kłębek i spał całą drogę, zaskarbiając sobie tym samym naszą dozgonną wdzięczność. Do tego stopnia, iż w Katowicach w akcie desperacji pomyślałam sobie: nie oddam go. Ale oddałam, bo przemycanie kota do Turcji nie stanowiło najlepszego pomysłu na rozpoczęc Wieczorem dotarliśmy do Przemyśla i spędziliśmy noc w zacności wielkiej schronisku młodzieżowym Matecznik. Był tam prysznic z gorącą wodą, którego nie doceniliśmy należycie, bo jeszcze nie wiedzieliśmy, że czeka nas 78 godzin bez łazienki. Rankiem świtkiem zerwaliśmy się gnani potrzebą obejrzenia Twierdzy Przemyśl. Wjechaliśmy pod przekaźnik, gdzie rzekomo mieliśmy ją zlokalizować ale coś nie mogliśmy namierzyć tej twierdzy. Dopiero jakiś człowiek, uświadomił nam, że twierdza to kilka fortów usytuowanych kilka kilometrów od miasta. A tośmy się ucieszyli .Zdegustowani złapaliśmy busa do Medyki, bez szczególnych problemów przekroczyliśmy granicę ukraińską, po czym do godziny 21.00 kiblowaliśmy w Mostiskach w oczekiwaniu na pociąg do Czerniowców. Pociąg przybył nawet punktualnie. Rozwiązania techniczne trochę nas zaskoczyły , ale najistotniejsze było to, że można było w nim spać.

W Czerniowcach byliśmy o godzinie 05.00 i dwie godziny później siedzieliśmy w pociągu do Suczawy którym niecałe 100 km pokonywaliśmy przez cztery godziny! Z tego połowę czasu spędziliśmy na wymianie lor bo na dzikiej Ukrainie tory mają inną szerokość niż w Rumunii. Potem w Suczawie poinformowano nas, że najbliższy autobus do Stambułu odchodzi dopiero rano. A była godz.12.00 co lekko nas dobiło. Tyle godzin czekania! Ale Tomek zadziałał. W hotelu ja siliłam się bezskutecznie z angielskim by zasięgnąć informacji i gdy już zniechęcona odchodziłem Tomek rzucił do widzenia na to pani z recepcji aż podskoczyła „Polacy!”. Po chwili mieliśmy już bilety na nocny autobus do Bukaresztu i możliwość zostawienia plecaków aż do wieczora. Oczekiwanie na autobus okazało się koszmarem - znaleźliśmy co prawda urokliwy kościół z szesnastowiecznymi freskami, ale większość czasu spędziliśmy w kolejnych kawiarenkach nad filiżankami kawy nękani nierealnymi marzeniami by rypnąć nosem w stół i zasnąć snem sprawiedliwego. Mnie osobiście nurtował jeszcze jeden problem, gdyż w autokarze mieliśmy spędzić całą noc.Bladym świtem znaleźliśmy się w Bukareszcie, przez czas dłuższy okupowaliśmy toalety na dworcu kolejowym (ja nawet umyłam głowę) doprowadzając tym do szału panią kibelkową. Trochę mniej śmierdzący kupiliśmy bilety na pociąg do Stambułu po czym poszliśmy zwiedzać miasto. Jednak w którą stronę byśmy nie poszli po dziesięciu minutach trafialiśmy na jakieś slumsy. Olaliśmy więc tzw. turystykę czynną, znaleźliśmy ławeczkę w pobliskim parku i oddaliśmy się kontemplacji. A było co kontemplować, bo w samym centrum stolicy Rumunii usytuowały się całe góry śmieci i rzesze śpiących cyganów. ZAISTE PIĘKNY WIDOK.

W końcu lądujemy w pociągu, przed sobą mamy jeszcze kawałek Rumunii, całą Bułgarię i część Turcji. Dwadzieścia godzin w pociągu. Mija czwarty dzień naszej podróży . Łeb mam jak karmelicka bania. Cala śmierdzę. Spać się nie da bo w przedziale mamy parę siedemdziesięcioletnich Bułgarów którzy starają się z nami rozmawiać ( oczywiście po bułgarsku !). No i są dodatkowe atrakcje bo Rumunii to strasznie sprytny naród. Byliśmy świadkami przerzutu przez bułgarską granicę paru worków butów.


Najpierw jeszcze po rumuńskiej stronie wtoczył się dziki tłum zaopatrzony w popularne torby typu plastikowa krateczka. Po przekroczeniu granicy rumuńskiej a tuż przed bułgarską pociąg znalazł się na ostrym zakręcie . Natychmiast otworzyły się wszystkie okna i torby (w ilościach wielkich ) pofrunęły wprost w ramiona oczekującego na nasypie tłumu, by natychmiast zniknąć w przydrożnych zaroślach. Ostry łuk jaki zataczał pociąg uniemożliwiał celnikom obserwację powyższego procederu. Grunt to kooperacja. Zaraz po bułgarskiej stronie pociąg prawie całkowicie opustoszał. Niestety nasi Bułgarzy zostali i choć zaprzestali namawiania nas na wspólną konsumpcję kiełbasy, spać się nie dało. Na granicy Bułgarsko-Tureckiej też przeżyliśmy niezły dym. Siedzimy sobie i obserwujemy jak pasażerowie ewakuują się w bliżej nie określonym kierunku. Jakoś nie dało nam to nic do myślenia. A powinno. Ocknęliśmy się po chwili stwierdzając, że przecież trzeba wykupić wizę wjazdową do Turcji ona sama raczej do nas nie przyjdzie. Zrywamy się lekko spanikowani bo nie wiemy jakim czasem jeszcze dysponujemy. A poza tym pomysł pozostawienia bagaży bez opieki jakoś nie przypadł nam do gustu. No ale pędzimy do okienka z odprawą paszportową. Tam kierują nas dalej poi wizę. Kupujemy wizy i dumni wracamy do przedziału. Dziesięć minut później przychodzi celnik i pyta czemu nie mamy pieczątki przy wizie. My na to wielkie oczy – jakiej pieczątki?! Okazało się, że po kupieniu wizy należało jeszcze wrócić do okienka z odprawą paszportową aby ją podstemplować. Tomek zostaje przy bagażach bo po korytarzu i przedziale kręci się dziki tłum obcych ludzi a ja chwytam nasze paszporty i poginam we wskazanym kierunku, oczyma wyobraźni widząc jak pociąg rusza i ginie w mroku a ja zostaję na jakiejś zapomnianej przez Boga stacji. Tymczasem przy okienku informują mnie, że mój paszport oczywiście podstemplują ale ze swoim Tomek musi się sam pofatygować. Niby oczywiste ale po trzech nieprzespanych nocach jak widać nie koniecznie dla nas. Biegiem wracam znowu do pociągu zastanawiając się w popłochu ile zostało jeszcze nam czasu . Tomek z wywieszonym językiem zasuwa po pieczątkę aby wreszcie usatysfakcjonować celnika. Zziajani i zmęczeni osuwamy się w końcu na nasze siedzenia. A pociąg stał jeszcze ponad półtorej godziny. Potem pociąg by nadrobić spóźnienie poginał dobre 120 km/h. Siedzimy w ostatnim wagonie i fruwamy po ścianach . Za oknem smutne krajobrazy. Jałowe pola w kolorach pozbawionego deszczu stepu. Sucha ziemia, nędzne imitacje roślin. Mizerne drzewka i niskopienne krzewy. Pustka. Raz na jakiś czas pojawia się niespodziewanie miasteczko. Kilka betonowych blokówka na kilometr bijących zawiedzionymi nadziejami całego świata, razem wziętych. Całość budzi w sercu tylko żal i popłoch. Czy właśnie tak będzie wyglądać ten śniony tyle razy Stambuł? Ano nie. To niemal europejska metropolia, tętniąca życiem, głośna, chaotyczna i zwariowana. Wspaniałe zabytki, mnóstwo hoteli, restauracji, sklepów. Ale obok nich, wąskie zrujnowane uliczki, ubogie straganiki i ciągnące swoje wózki tłumy sprzedawców winogron, bułek, kukurydzy. Lądujemy w „Inci Palace”. Już widok z ulicy kazał nam sądzić, iż nazwa jest mocno nieadekwatna do standardu, ale czego żądać za 3 $. Pokój jest klitkowaty, dwa łóżka, stolik, umywalka. Ściany odrapane z farby, która przy samej podłodze pozbawiona jest koloru. Ale robactwa nie widać. Poza tym jest 20 września a my wreszcie dotarliśmy na miejsce. Natychmiast zapominamy o zmęczeniu i po zmyciu z siebie czterech dni w pociągach pędzimy na miasto. Na pierwszy ogień idzie Hagia Sofia. Jest mroczna, zniszczona, bardzo stara i bardzo piękna. W środku znajdujemy płaczącą kolumnę. Legenda głosi, że gdy włoży się do otworu w kolumnie palec i on zwilgotnieje, to znak że życzenie się spełni. No nie wiem jak inni, ale ja jeśli idzie o autosugestię w takich wypadkach to jestem znakomita. Potrafię wmówić sobie niemal wszystko. Palec był więc wilgotny a Tomek i ja zamieszkamy w końcu w naszym schronisku w górach.

Z Aya Sofia, wędrujemy do Topkapi Serayi. Cały kompleks pałacowy jest tak olbrzymi, że aż trudno się skoncentrować i powiedzieć co było najwspanialsze. Z pewnością zachwycił nas harem z salą muzyczną, błękitny kiosk Bagdadzki, kolekcja zachwycającej porcelany z czasów dynastii Ming, ogrody pałacowe, zbiory niesamowitych wyrobów ze srebra jak np. klatka dla ptaków, czy miniatura (0,5 m wysokości) fontanny Wilhelma II. Ale były też zbrojownie, sale obrad, pełne portretów sułtanów, wozownie, pawilony sułtana i jego wezyrów. Nieprawdopodobny luksus. A wszystko migoczące okruchami kolorów zdobiących ściany mozaik, wyrafinowanych, finezyjnych, cieszących oko plątaniną arabesek. Wychodzimy z Tomkiem wprost przytłoczeni ogromem wrażeń. Dzień kończymy w Błękitnym Meczecie, mocno według mnie przereklamowanym. Z zewnątrz istotnie prezentuje się monumentalnie,ale wewnątrz jest jakieś takie byle jakie. Ozdobiony jest mozaikami (głównie błękitnymi) i polichromiami, ale przy tak olbrzymim wnętrzu giną one i zdają się być nijakie. Dużo skromniejsza w ozdobach Hagia Sofia zdaje się być w efekcie dużo piękniejsza. Za to nocny widok na meczet zaiste wart jest niejednego zdjęcia, tylko nie takiego robionego z ręki przy migawce ¼ sek. Nocą wędrujemy jeszcze nad Złoty Róg, ale zmęczeni szybko wracamy do Inci Palas. Dzień następny zaczynamy od Yerebatan Serayi ,czyli zatopionego pałacu – bazylikowej cysterny. Jak dla mnie warto przejechać 2000 km. byle tylko zobaczyć to cudo. Dziesiątki kolumn zalanych wodą wśród wygiętych w łuki sklepień. Wszystko pięknie podświetlone, wokół rozbrzmiewa nastrojowa muzyka. Gdzieś kapie woda. Droga zwiedzania prowadzi drewnianym pomostem wśród kolumn. Głos grzęźnie nam w gardle. Cały Stambuł można by sprowadzić do tej cysterny. Nawet gdybym już nic więcej nie widziała, i tak była bym szczęśliwa. Na szczęście nikt nie zamierza nas tak karać za obejrzenie tego fenomenu więc ruszamy dalej. Błądząc krętymi, wąskimi, i zupełnie innymi , niż te oblegane przez turystów uliczkami, docieramy do Kucuk Aja Sofia a potem do Sokoku Menmet Pasa Camii. Oba są przepiękne a szczególnie meczet. Błękitny może się przy nim schować. Potem kierujemy się w stronę krytego bazaru. Obok znajduje się Nurwosmaniya Camii, który zbudowany 12 wieków po Hagia Sofia bardzo ją przypomina. Jest urokliwy, szczególnie, atmosfera w środku - cisza skupienie, całkowity brak turystów. Zachwycający… Kryty bazar nas rozczarował. Oczekiwaliśmy dziesiątków kramików z baśni 1001 nocy.

No to gdzie ja będę sikać!?!? Powszechnie wiadomo, że ma trasie Wrocław – Oborniki Śląskie marzy mi się toaleta zaraz po minięciu tabliczki wskazującej granice miasta a tu mam przejechać kilkaset kilometrów bez wpływu na częstotliwość postojów?????

Ale problem ten nie okazał się być nader dotkliwy. Był postój w połowie drogi a z resztą jak człowiek stara się usnąć w pozycji siedzącej, w dusznym autokarze z narastającymi atakami klaustrofobii, to ma inne wątpliwości i rozterki niż pełny pęcherz.

Napotkaliśmy zaś sieć wyspecjalizowanych w naciąganiu sklepów o bardzo ograniczonym asortymentem. Biżuteria, skórzane kurtki, dżinsy. Wychodzimy zdegustowani i wracamy na krótki odpoczynek do hotelu. Po południu docieramy pod uniwersytet, i do meczetu Sulejmana Wspaniałego. Zgodnym chórem stwierdzamy że jest to ostatni meczet do którego wchodzimy w Stambule, bo powoli wszystkie zaczynają nam się mylić. Wieczorem przeprawiamy się na drugą stronę Złotego Rogu by odnaleźć słynną wieżę Galata. Pod tą wieżą delektujemy się kawą i czekamy na zmierzch. Przyszła w końcu noc, a my dotarliśmy na przystań promową i zafundowaliśmy sobie nocny rejs po Bosforze. Widoki są oszałamiające. Tysiące świateł , pięknie wyeksponowane zabytki, mosty nad Bosforem. Pulsująca wstęga samochodowych błysków. Po azjatyckiej stronie Stambułu na dworcu Kapsztadzkim dzięki pomocy jakiejś panienki, ogniście strzelającej oczami w kierunku Tomka dowiadujemy się o połączenie do Kapadocji. Pociąg odchodzi jutro wieczorem . Znowu nas czeka 20 godz. w wagonie. Z G R O Z A. W końcu lądujemy w hotelu. Nawet nie wiem kiedy zapadłam w głęboki sen. Ostatni dzień w Stambule zaczynamy od zwiedzania muzeum archeologicznego. Przepadliśmy w nim na ponad 3 godz. Ale uzasadniły to fantastyczne eksponaty z Egiptu i Mezopotamii ( rzeźby , reliefy, sarkofagi , niesamowita Bastet , prawdziwa mumia, tabliczki z kodeksem Hammurabiego, mozaiki z Ur i Uruk). Olbrzymi zbiór rzeźb klasycznych, piękności wielkiej sarkofagi z nekropolii Sidonu. Fajansowy pawilon z imponującym zbiorem porcelany, ceramiki i fajansu. Oglądaliśmy to wszystko z zachwytem, czując jednocześnie swoją mierność w obliczu tych „śladów na piasku” , które zostawili ci, co byli przed nami, wyryte w marmurze, odciśnięte w glinie, odlane w brązie. Po południu przeprawiliśmy się przez Bosfor i zanim wsiedliśmy do pociągu do Kayserii, pozwoliliśmy sobie na szaleńczą wędrówkę zupełnie innym miastem niż europejski Stambuł. Strona azjatycka miasta, oczarowała nas zapachem korzennych przypraw, kolorami dziesiątek ulicznych straganów pełnych owoców, staroci oraz żywiołowością kelnerów, kręcących się niemal wszędzie z tacami wypełnionymi szklankami z herbatą. To czego spodziewaliśmy się po krytym bazarze , czego tam nie odnaleźliśmy - niespodziewanie odnajdujemy tutaj. Zaczarowani wsiadamy do pociągu i mknąc w kierunku środkowej Anatolii powoli pogrążamy się w Azję. Pociąg dowozi nas do Kayserii. Jacyś panowie zaangażowali jakiegoś studenta władającego językiem Szekspira , co by się wywiedział skąd my, dokąd i którędy. A po za tym ile mam lat i czy jestem zamężna. Panowie strzelali oczami , student zapewniał mnie ze jestem piękną kobietą i zapraszał do siebie w gości a Tomek bardziej domyślając się niż rozumiejąc poszczególne słowa zgrzytał zębami mruczał wyuczone she is my wife. W Kayserii autobusem dojechaliśmy w końcu do Goreme . Oczy robiły się nam, w miarę zbliżania się do celu, coraz bardziej przypominające spodki. AAAA!!!!. Jak tu bosko. Zaraz na przystanku autobusowym, dorwał nas tani hotel z basenem. Już sobie wyobrażałam, jak się w nim zamoczę… Było to skuteczne zadośćuczynienie za Kayserii w którym straciliśmy ostatnie nerwy, bo zachciało nam się w wolne dwie godziny pomiędzy pociągiem a autobusem zwiedzać miasto.Szlag nas trafił bo z pięciu ciekawych miejsc (według przewodnika Pascala), znaleźliśmy tylko dwa (błądząc przeokrutnie), z czego cytadela była mocno wątpliwej jakości a w camii właśnie zaczęły się modły. Następnego dnia powędrowaliśmy do Goreme open air museum – najbardziej znanej samotni klasztornej. Wydrążone w skalach kościoły z przepięknymi freskami, po prostu powaliły nas na kolana. Szczególny zachwyt wzbudził w nas olbrzymi Tokali Kilise. Wprost nieprawdopodobne co człowiek potrafi stworzyć do spółki z przyrodą, oczywiście. Potem zapuściliśmy się do Sword Valley , gdzie spotkaliśmy jakiegoś miłego Turka (który okazał się w końcu płatnym przewodnikiem). Dzięki niemu zwiedziliśmy niemal cały olbrzymi obszar fantastycznych dolin na zachód od Goreme aż po Dolinę Róż i niesamowity monastyr. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się do Uchisar, aby z górującego nad okolicą Kale podziwiać zachód słońca. Droga wiodła przez cichą leżąca na pełnym odludziu (czytaj: zero niemieckich wycieczek ) dolinę. Dolina nosiła miano Gołębiej.

Nie wiem co będę pamiętała za 40 lat z tej podróży , ale z pewnością pewien ocieniony wąwóz i tunel wydrążony w skałach znajdzie sobie miejsce w moich wspomnieniach „for ever” . Z bukiecikiem polnych kwiatów w dłoni Tomek poprosił mnie o rękę. Przez chwilę świat należał tylko do nas. Kale w istocie była imponująca, natomiast zachód słońca zupełnie przeciętny. W Polsce zdarzało mi się widzieć dużo piękniejsze. Wieczór spędziliśmy póżniej w sympatycznej knajpce na pysznej kolacji zaręczynowej. Również pozostałą część wieczoru została zagospodarowana w sposób znakomicie pasujący do okazji.

Dnia następnego poszliśmy dopołudnia w stronę Zelve. Po drodze zwiedziliśmy niesamowitą dolinę „Baśniowych kominów”. Krajobraz niczym z bajki o Żwirku i Muchomorku. GENIALNE. W większych z kominów wydrążono całe domy. Niektóre nawet dwu lub trzypoziomowe, a w nich kolumny, wnęki, półki i siedziska. A to wszystko ponad 2 tysiące lat temu. Potem zwiedzaliśmy samotnię klasztorną w Zelve. Oszołomiła nas ilość kościołów i pustelni. Były ich dziesiątki. No to rzeczywiście była samotnia!!! Jak cholera. Nasze polskie blokowiska to pestka przy tym tutaj! Najpiękniejsze z kościołów wydały nam się kościół Ryb i Winogron. Choć bez fresków zachwyciły nas swoim ogromem, rzeźbionymi kolumnami i nawami. Był tam też olbrzymi monaster - dziesiątki korytarzy, otworów, ślepych okien i drzwi. Tunel w poprzek ogromnej skały i zero turystów. Atmosfera wygasłej świetności i jakiś dziwny lęk przed tymi ludźmi, którzy wydali wojnę skałom i stworzyli takie wspaniałości. Włócząc się po Kapadocji, co krok uświadamiałam sobie jak ubogi jest mój język. Brakuje właściwych słów na określenie emocji jakie się budzą gdy otacza nas coś tak nieprawdopodobnego. Setki stożków z wydrążonymi w nich mieszkaniami dla ludzi, zwierząt i gołębi. Wzgórza nacieków wulkanicznych przypominających gigantyczną polukrowana babkę wielkanocną. Domki porozrzucane między skałami, na progu których kobiety w kwefach tkają dywany a mężczyźni piją herbatę. Dziesiątki drzew owocowych i karłowatych krzewów winogronowych porozrzucanych po dolinach o ziemi, która zdaje się nigdy nie widziała deszczu. Kapadocja ukradła nasze serca…

Z Zelve wróciliśmy kompletnie wyczerpani wrażeniami i upałem. Kąpiel w basenie wydawała mi się pomysłem wprost idealnym. Przebrałam się w kostium i pognałam do ogrodu. Ale się kurna napływałam!!! Basen w istocie był ale bez wody. Spuszczono ją dnia poprzedniego uznając, że nastąpił już koniec sezonu J. Olaliśmy więc wypoczynek i postanowiliśmy powłóczyć się po Goreme. Trafiliśmy do Goreme Valley leżącej na totalnym uboczu. Znaleźliśmy tam olbrzymi kościół w środku którego były nawet wydrążone oprócz ołtarza, naw i filarów-chrzcielnica i ambona. Niesamowite. Wracając poszliśmy na kolację do naszej knajpki na kolację. Zamówiliśmy „mix vegetabels” i omleta. Warzywa były pyszne a omleta zeżarły żebrzące mruczusie. Dnia następnego rano wybraliśmy się do Dernikuyu gdzie zwiedzaliśmy podziemne miasto a następnie do doliny Songami, kolejnej samotni klasztornej. Dernikuju było jak wszystko tutaj oszałamiające. Dolina Songali nie zrobiła po Goreme i Zelve wielkiego wrażenia ale warto było o nią zahaczyć. Tyle że leżała na całkowitym uboczu i trudno było tam dojechać. W jedną stronę dotarliśmy dzięki własnym nogom, złapanym stopom i trójce traktorzystów. Ale powrót do Goreme oznaczał koszmar bo zrobił się cholerny upał i pustka na drodze. W knajpce gdzie siedzieliśmy przy kawie, pojawiły się dwie Niemki i jakiś chłopak. Niewiele myśląc zaczęłam rozmowę i w końcu zapytałam się, czy nie sprawiło by im kłopotu gdyby nas podwieźli do Urguj skąd bez problemu dostaniemy się do Goreme. Pani skwapliwie się zgodziły po czym poszły na lunch. I jeszcze chciały nam postawić jedzenie. Grzecznie odmówiliśmy bo nie mamy aż takiej natury sępa. Po chwili jednak wrócił do nas młody chłopak. Okazał się ich przewodnikiem. Zaczął tłumaczyć że w ogóle to taka indywidualna wycieczka, za którą panie słono zapłaciły itd. Zrobiło nam się głupio bo wyszło na to że chcieliśmy na krzywy ryj załapać się na wycieczkę z przewodnikiem. Za darmo bo cena była okrutna. Stwierdziliśmy że skoro nie możemy zapłacić , a przewodnik za darmo wziąć nas nie może, bo musi się rozliczyć z agencją która go wynajęła, to należy przeprosić panie za zamieszanie, i pójść swoją drogą. Ale zanim to zrobiliśmy; okazało się że zdecydowano o nas bez nas. Panie stwierdziły że wystarczy wysadzić nas kilometr przed Goreme, a agencja się o nas nie dowie i nie trzeba będzie płacić. Nie pozwoliły na żadne dyskusje, poczęstowały herbatą, zapakowały do busa i kazały się nie przejmować. Trudno to było wykonać, szczególnie gdy okazało się że to nie koniec wycieczki.