Relacja z wyjazdu do Argentyny
(lipiec-sierpień 2009)

Argentyna - odsłona czwarta

25.07.2009

Cóż, pisząc wczoraj wieczorem, że dnia dzisiejszego dziać się będzie sporo nie sądziłam, że moje słowa będą mieć proroczą moc. A jednak… Tak to jest jak człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak rozliczne talenta posiada… Wyspani i po miłym śniadanku, na które po raz pierwszy nie składała się sucha bułka i pity w pośpiechu jogurt potruchtalismy do centrum. Plan był prosty – zdobyć przewodnik o aktualnie odbywających się milongach i lekcjach oraz obczaić jak takie lekcje wyglądają. Dojechawszy do La Catedral skierowaliśmy się na ulicę Suipachy, znaną ze zlokalizowanych tam sklepów z butami. Uznaliśmy bowiem, słusznie zresztą jak się okazało, że gdzie jak gdzie ale w sklepach z butami tangowymi na pewno dysponują informacjami, które nas interesują. Korzystając z okazji postanowiliśmy również zapoznać się z tym w czym się w Buenos tańczy. Przespacerowaliśmy się po kilku sklepach i kupiliśmy Tomkowi bardzo klasyczne, ale za to wygodne i porządne buty. Wybór nie był trudny jako, że Tomek nie lubuje się w wypicowanych butach z kolorowymi wstawkami w stylu przerasowanego Gardela. Problematyczny okazał się natomiast mój gust. Zaliczyłam tu w Argentynie, po raz pierwszy chyba, gigantyczne rozczarowanie. Buty, do których jak sądziłam będę się namiętnie wyśliniać, myślami przebiegając stan konta, okazały się bardzo przeciętne. Z pewnością dużo lepiej wyglądają na internetowych zdjęciach. W realu raziły zbyt ostentacyjnymi złoceniami, tandetnym brokatem i nie koniecznie porządnym wykonaniem. Fakt – byliśmy tylko w czterech sklepach, ale jakoś nie poczułam się zmiażdżona ilością butów, które krzyczałyby do mnie „kup mnie, kup”. W końcu zamówiłam sobie jedne, skompilowane wg własnego pomysłu. Bardzo proste z jednym jedynie srebrnym elementem w postaci paska. Na niebotycznej szpilce oczywiście! Chyba zdecydowanie bardziej odpowiada mi wyrafinowana prostota od kującej w oczy ekstrawagancji. A potem okazało się, że za dwadzieścia minut zaczyna się lekcja, którą sobie upatrzyliśmy. Tak kilka hektarów dalej. Tomek galopując przez ulice stwierdził, że znowu uprawiamy ruski obóz kondycyjny a przecież to są kurna wakacje! Biorąc pod uwagę fakt, że w miedzy czasie obsrał nas na cuchnąco jakiś cholerny ptak (sądząc po ilości gówna był to jakowyś zmutowany kondor) lekcja zapowiadała się jako miażdżąca klapa. Zziajani, spoceni i uwalani w ptasiej kupie dotarliśmy jednak na miejsce (ach ta determinacja). Pierwsza lekcja w Buenos o dziwo nie okazała się katastrofą. Sprawdziło się oczywiście nasze przypuszczenie, że nawet po sześciu latach tańca można się czegoś ciekawego dowiedzieć o podstawach. Poza tym nauczyciel, niejaki Roberto Canelo, starał się jak mógł by lekcja była zrozumiała również dla takich ignorantów językowych jak my. Stwierdziliśmy, że z pewnością nie raz jeszcze do niego zawitamy, po czym w tempie ekspresowym, po zakończonej lekcji, ewakuowaliśmy się na nasze wypiździajewo bo o piątej zamykała się nasza pralnia. Odebranie czystych ciuchów, zwłaszcza w sytuacji urąbanych odchodami spodni, było sprawą nagląca. Wypluwając sobie płuca dotarliśmy na miejsce 2 min. przed zamknięciem. Teraz, czyści i pachnący, po obiadku z lampka wina w tle, myślami kierujemy się w stronę wieczornej milongi. Boskie życie… Gdyby tylko ptaki mniej celnie trafiały.


9.08.2009

Minęły już dwa tygodnie od naszego przybycia do Buenos i brak kontynuacji w opisie naszej podróży powinien chyba budzić we mnie głębokie poczucie winy. Jednakowoż odporna jestem na tego typu pochopne emocje. A to dlatego, że przybycie tutaj zmieniło dość zasadniczo nasz tryb funkcjonowania. W tym mieście przede wszystkim żyjemy tangiem - lekcje, praktyki, milongi. Zdawać się może, że nic poza tym nie istnieje. Z punktu widzenia normalnego, będącego przy zdrowych zmysłach człowieka, zakrawać to musi na jakąś nużącą swą monotonią współczesną formę tańca św. Jana. W średniowieczu „epidemia” tego szaleństwa objawiającego się nieposkromioną potrzebą pląsania po ulicach aż do skonania niejednokrotnie z wyczerpania potrafiła zdezorganizować życie niejednego miasta. Można więc rzec że padliśmy ofiarami jakiegoś tajemniczego wirusa, którego efektem jest koncentrowanie się na tańcu. W przeciwieństwie jednak do średniowiecznych tancerzy nie zrywamy z siebie publicznie na ulicach odzienia i nie wbiegamy podskakując do kościołów (no, ja może trochę w niedziele, które zarezerwowałam na zwiedzanie). Z punktu widzenia normalnego więc jak rzekłam człowieka postradaliśmy wątpliwe już resztki rozumu. Z naszego natomiast – znaleźliśmy się w raju gdzie obowiązującym rytmem wg którego kontroluje się oddech jest tango. Można tu istotnie zwariować od nadmiaru ofert związanych z lekcjami tanga i milongami. Postanowiliśmy z Tomkiem nie biegać z obłędem w oczach od jednego nauczyciela do drugiego w poszukiwaniu prawdy objawionej bo w istnienie takowej na gruncie tanga nie wierzymy. Nazwiska nauczycieli niewiele nam mówiły, bo nie śledzimy z zapartym tchem co się dzieje w światku tangowym. Postanowiliśmy wybrać lekcje, które w miarę blisko siebie się odbywają i można je (decydując się na dwie dziennie) obskoczyć za jednym zamachem wyjeżdżając z naszego wypiździajewa do centrum. Dla osób, które już w Buenos były wiadomym jest, że odległości potrafią tu człowieka zabić. Teoretycznie, na warunki Buenos, mieszkamy niemal w centrum, albo przynajmniej w jego pobliżu. De facto oznacza to osiem do dziewięciu stacji metra, do którego zresztą trzeba przedrałować od naszego mieszkania jakieś dziesięć przecznic. Wystawami sklepów mijanych po drodze do metra zaczynam powoli rzygać, a całkiem interesujących fasad budynków (część z nich pamięta XIX wiek) oglądać się nie da bo trzeba mieć baczenie na to co dzieje się pod stopami gdyż chodniki roją się od dziur i psich gówienek. Teoretyczne centrum jest więc dla mnie, osoby przywykłej nawet w takiej dziurze jak Wrocław wszędzie wozić szanowny zadek samochodem, nieco zbyt odległe. Dotarcie do niego zajmuje niemal godzinę wiec nie ma sensu kręcić się tam i nazad kilka razy dziennie. Dość szybko ustaliliśmy więc harmonogram działania. Do południa śmigamy na lekcje do Cafeterii Ideal, gdzie uczy niejaki Pablo Nievel – osoba na wskroś sympatyczna, wraz ze swoja partnerką Valerią. Towarzyszy im w tym 5-miesieczna córeczka – Amber. Lekcje trwają trzy godziny i jeszcze nigdy nie słyszałam aby to dziecko chociaż zakwiliło. Leży sobie cichutko i śpi albo spogląda, z lekka już pewnie krytycznym okiem, na nasze wygibasy. Nie wiem gdzie takie spokojne dzieci dają ale jak już się zdecyduję na potomka to tylko takie proszę! Dopołudniowe lekcje z Pablem mamy tylko w poniedziałki i środy. W pozostałe dni czas ten spędzamy w kawiarni Bien Portenio, która jest idealnym miejscem do ćwiczeń. W sezonie mrowi się tam podobno od tangeros przychodzących na tak zwane tango-lunche ale teraz, zimą, jest tam całkiem pusto a my staliśmy się tam już niemal domownikami. Szkoda, że takiego miejsca nie ma nigdzie we Wrocławiu – knajpki, w której stale lecą tanga, gdzie jest piękny parkiet a właścicielka wręcz zachęca do korzystania z niego. Po południu w pierwszym tygodniu chodziliśmy do Roberta Canelo ale miejsce, gdzie uczył było trochę za daleko a i godzina zbyt późna wiec zaczęliśmy rozglądać się za kimś innym. I traf chciał, że poznaliśmy bardzo miłych nauczycieli – Carlo Sostę i Rominę Veron. Ponieważ z braku chętnych (jak już mówiłam tu jest w tej chwili po, albo jak kto woli przed sezonem) nie ruszyły zajęcia grupowe przez nich prowadzone, umówiliśmy się z nimi na lekcje prywatne. Cena nie zwala z nóg a skorzystać można dużo więcej niż na lekcjach masowych więc teraz codziennie po zajęciach u Pabla albo praktyce w Portenio spotykamy się z nimi i naprawiamy błędy, które przez lata się pojawiły. Nie ma ich ku naszemu przeogromnemu zdumieniu tak dużo jak sądziliśmy a Romina uznała, że tak zabawowych uczniów jeszcze nie mieli. Tomek stał się mistrzem min mających oddać popłoch, spowodowany nową figurą jaką nam wprowadzają. Stoi, załamuje ręce, marszczy czoło, robi grymas znany z „Imienia Róży” pt „Stupido Salvatore” a potem idzie na parkiet i tańczy – niemal bezbłędnie. Nie ukrywam, że miło jest słuchać pochwał od Argentyńczyków. Aczkolwiek jest i konstruktywna krytyka. Oj nasłuchałam się ja o wybieganiu przed partnera. Popędliwa ciut za bardzo jestem. Ale pracuję nad tym by się utemperować. Tomek natomiast nad szuraniem nogami bez powodu. I by tańczyć klata do partnerki a nie jakiejś innej cizi na parkiecie. Gdy wracamy pod wieczór do domu , wymęczeni tym naukowym maratonem (i 20 przecznicami, do metra i z powrotem!) pozostaje tylko trochę czasu bu coś zjeść, odpocząć i przygotować się na milongę. I znowu 10 przecznic – szlag by je trafił. Na nasze szczęście po 23 przestaje chodzić metro i z milongi jak burżuje rumiane wracamy taksówką. Co do milong to bywają bardzo różne. Są takie na których królują młodzi i tango nuevo – chociażby w Salon La Argentina. Są tradycyjne, dla wszystkich niemal ale można tez napotkać typowe milongi dla geriatrii. Na jednej takiej bardzo szybko nauczyłam się odmawiać proszącym mnie do tańca panom – zwłaszcza po jednym dziadku, którego krok najdłuższy mierzył maksymalnie 10 cm, przy którym najbardziej zalany w trupa wujek na weselu walczący na parkiecie w systemie „2 na 1” jest mistrzem –wymiataczem i który ślinił mi się do ucha. Wtedy uznałam, że kobieta wchodząca na salę musi przede wszystkim bacznie przyglądać się tańczącym by wiedzieć z kim na parkiet nie wychodzić. Na jednej z milong w Confiterii Ideal mieliśmy z Tomkiem okazję obejrzeć sobie pana, który uprawiał tango w stylu dowolnym charakteryzującym się podskokami pasującymi do spłoszonego pasikonika albo raczej opętanego dziką żądzą królika pragnącego skonsumować natychmiast swoja partnerkę (strzygąc przy tym uszami w rytm „Por una cabeza” oczywiście) partnerka zaś z miną Wlakirii idącej do szturmu, wymachiwała wszelkimi możliwymi kończynami i błyskała lekko obwisłym biustem i pośladkami wprost w talerze gości siedzących wokół parkietu. Niezidentyfikowany pozostał rytm do którego się owa para poruszała. Sam taniec przypominał raczej king-boxing niż jakiekolwiek przyzwoite tango. Mit, że każdy Argentyńczyk dobrze tańczy legł więc bezpowrotnie w gruzach. Jak wszędzie tak i tu są tacy, którzy tańczą niewiarygodnie świetnie (miałam przyjemność przetestować – a jakże), tacy co tańczą bardzo poprawnie i wstrzemięźliwie, tacy co starają się ale im jeszcze (albo już) nie wychodzi i tacy, których należało by ukatrupić za pchanie się na parkiet. Kolejnym mitem było proszenie za pomocą oczu. Dzięki Bogu zresztą bo jakoś nie mogłam sobie poradzić z myślą, że mam się wytrzeszczać w kierunku facetów. Może brakuje mi pewności siebie a może wyłazi gdzieś głęboko zakorzenione poczucie, że dobrze wychowany mężczyzna nie będzie na mnie ślepić z końca sali tylko ruszy dupsko i będzie w stanie pokonać kilkanaście metrów do mojego stolika by elegancko się ukłonić i poprosić o taniec. Być może w Argentynie przyjęło się mrugać na lachony. Ale ja przybyłam z dalekiej obczyzny, gdzie w żyłach niektórych jeszcze mężczyzn wygodnictwo przezwyciężają stare obyczaje oficerskich balów i gdzie nie jest obciachem przemaszerować całą sale, by spotkać się z odmową lub czarującym uśmiechem i wyciągniętą dłonią. Tu na szczęście jest totalny tygiel kulturowy więc trafiają się i tacy co mrugają i tacy co podchodzą. I wiek kompletnie nie ma tu znaczenia. I każdy czuje się usatysfakcjonowany. To chyba, co najbardziej mnie w tym wszystkim ujmuje to to, że nikt nie stara się stworzyć sztucznych, sformalizowanych zasad jak należy a jak nie należy zachowywać się na milongach. Jak widać jest to chyba tylko przywara parweniuszy i nuworyszy. Tu, panie „szlachta po prostu się bawi”. To chyba fajniejsze niż dzielenie włosa na czworo co jest w tangu dozwolone a co nie. W każdym bądź razie na milongach bawimy się przednio. Tomek też zwyczajem polskiej kawalerii o ułańskich manierach sunie do stolików upatrzonych dam i szarmancko prosi je do tańca. Jakoś nie widziałam by mu odmawiały. Wręcz przeciwnie. Więc to nie proszenie do tańca czyni tancerzem o czym uprzejmie raczą zapominać co poniektórzy z naszych tangeros. Romina gdy jej opowiedziałam jak czasem w Polsce Tomek prosi panie do tańca stwierdziła, że jest najzabawniejszym człowiekiem jakiego poznała i przy takim proszeniu też byt nie odmówiła.

Jedyna milonga, z której wyszliśmy wcześniej odbyła się w Salonie Canning, u nas na Palermo. O ile wtorkowa była świetna, włącznie z pokazem tanga i występem jakiegoś starszego pana, o znanym tu nazwisku, które mnie raczyło wylecieć z pamięci, który rzewnie zaciągał kolejne tangowe melodie, to piątkowa stanowiła totalny chaos. Na nie tak znowu obszernej sali było ze dwieście osób i wszystkie chciały znaleźć się na parkiecie. Słyszałam, że na argentyńskich milongach bywa ciasno ale to było już totalnym przegięciem. Zrobienie 5 cm kroku wiązało się z poturbowaniem innej pary a to jak dla mnie przestaje stanowić o atrakcyjności milongi. Być może byłam jednak odosobniona w swoich odczuciach bo gdy wychodziliśmy na parkiecie kotłował się rozentuzjazmowany tłum. W każdym bądź razie wyjaśniło mi się stwierdzenie rzucane początkującym tancerzom, którzy na pierwszych zajęciach poznali krok w bok, w przód, w tył i ocho, że mogą śmiało iść na milongę. Jasne, że mogą! W Salonie Canning nic więcej nie dało by się zatańczyć a i te figury graniczyły z cudem. Najlepiej było stać w miejscu i tańczyć tango mentalnie. Wtedy z pewnością bezbłędnie sprawdziłoby się prowadzenie techniką myślową, które preferują niektórzy mi znani tangueros.

Niedziele jak już wspomniałam spędzamy zwiedzając Buenos. Podzieliłam je na kwartały i każdej niedzieli łazimy po jednym. Zwiedziliśmy już tzw. Microcentro, San Telmo, La Bocę, Palermo i Recoletę. Miasto zachwyca nas pozostałościami architektury kolonialnej ocalałej między współczesną zabudową, starymi kościołami, ciekawymi muzeami, rozległymi parkami gdzie starsi Argentyńczycy masowo grają w szachy lub kości oraz barwnymi uliczkami, przekształcającymi się jak ulica Defensa na całą niedzielę w nieustający festyn. Można tam, obok kramów z pamiątkami, starociami i innymi pierdółkami dla turystów (jak na przykład cudowne koronkowe rękawiczki, które oczywiście nabyłam i absolutnie genialny wachlarz, do którego się śliniłam ale z którego, w przypływie rozsądku – z nagła zaistniałym po usłyszeniu ceny – postanowiłam zrezygnować), spotkać też zarówno pojedynczych muzyków jak i całe orkiestry, mimów i oczywiście nauczycieli tanga, robiących show, pokazujących kroki lub tańczących z przygodnymi turystkami (na przykład ze mną; trochę się zestresowałam ale jakoś poszło a tłum gapiów był życzliwy i klaskał głośno – pewnie dlatego, że nie znał się na tangu i zadowalał się byle czym). Atmosfera jest jedyna w swoim rodzaju. Luz, radość i zabawa.

Tak więc żyjemy tu bardzo intensywnie, w rytmie tanga właśnie. A gdy nie tańczymy, regenerujemy siły by móc tańczyć dalej. A jakoś tak się dziwnie składa, że ja najlepiej relaksuję się przy historii sztuki więc w wolnej chwili siadam do swoich notatek zamiast pisać. I dlatego to właśnie tak długo trwało zanim pojawił się kolejny wpis. Z rewelacji doniosę jeszcze tylko, że Tomek, który w Polsce zarzekał się jak żaba błota, ze w Buenos butów tangowych kupować nie zamierza, nabył w piątek trzecią parę. Jestem bardzo ciekawa jak do Polski wrócimy z ośmioma nowymi parami butów (trzy dla mnie, trzy dla Tomka i 2 dla znajomych). Jedyny ratunek w tym że zużyjemy kosmetyki i zostawimy tu stare ręczniki. Może się wtedy zmieszczą. O moich katalogach z muzeów w Buenos nawet nie wspominam. Chyba je wyślę pocztą.