Relacja z wyjazdu do Argentyny
(lipiec-sierpień 2009)

Argentyna - odsłona trzecia

20-21.07.2009

Kolejny dzień przyniósł kolejne atrakcje. Zapewne istnieją ludzie, którzy będąc na wakacjach wstają koło dziewiątej, jedzą śniadanie przy stole jak cywilizowane istoty, wybierają się potem na jakieś zwiedzanie przerywane piwkiem a już z pewnością godziwym obiadem i wracają do hotelu na kolację, po której oddają się indywidualnym rozrywkom w podgrupach. Na pewno tacy są. Ale chyba nie mamy szans osiągnąć ich poziomu wyluzowania. Nie, my za każdym razem musimy sobie zorganizować kolonię karną. Pobudka, gdy na dworze jeszcze nie widać jednego promienia słońca (to akurat nie jest wielkim wyrzeczeniem bo świt tu zaczyna się o ósmej), sucha bułka kupowana w drodze na autobus, popijana jogurtem albo wodą mineralną, a następnie 14 godzin spędzanych na przemian w podróży i na zwiedzaniu by w końcu po północy zaliczyc rzut na łóżko w stanie totalnego zrypania. Genialny sposób na wakacyjny wypoczynek  Ale dzięki temu mogliśmy wczoraj zobaczyć dwa ciekawe miejsca, znacznie oddalone od Tucumanu. Pierwszy autobus dowiózł nas do Tafi del Valle – miejscowości położonej w pięknej dolinie Sierry Aconquiji. Odległość od miasta niby nieznaczna bo 100 km., ale większość trasy przebiega malowniczymi wąskimi górskimi serpentynami. Nasza Droga Stu Zakrętów ze Szklarskiej Poręby do Świeradowa Zdroju to igraszka w porównaniu z tym. Wspinająca się ku górze droga, której zakręty stanowiły nie lada wyzwanie dla naszego autokaru, niemal ocierającego się o barierki i zbocza wzgórza piętrzącego się powyżej, powodowała lekki skurcz żołądka. Zwłaszcza gdy nieopatrznie wzrok kierował się pionowo w dół, w głąb porosłego subtropikalnym lasem wąwozu. Tomek znany z upodobania do szybkiej jazdy stwierdził, że w tych warunkach prędkość 40 km/godz. to ekstremalne przegięcie i on nie chce na to patrzeć. Kierowca zdawał się nic sobie nie robić z popłochu co wrażliwszych na wysokość pasażerów i poginał równo do przodu, czasami tylko gwałtownie hamując, gdy okazywało się że z naprzeciwka leci podobny mu oszołom i nie mają jak się panowie wyminąć. Ponure refleksje Tomka na temat staczających się w pustkę autobusów i moje zachwyty imponującymi krajobrazami, rozpościerającymi się za szybą, zakończył zjazd w dół do doliny, ze wspaniałym zalewem i parkiem menhirów, który zamierzaliśmy odwiedzić. Budowa tamy i zbiornika wodnego jeszcze w XX wieku spowodowała zatopienie obszernych powierzchni doliny. Zapobiegliwi Argentyńczycy zebrali wszystkie menhiry rozsiane w okolicy, którym groziło unicestwienie, w jedno miejsce i nieopodal Tafi del Valle, w miejscowości El Mollar i stworzyli park w którym można oglądać owe osobliwości. Przewodnik wielce się nad nimi rozpływał w ochach i achach wiec decyzja była krótka – jedziemy. W Tafi del Valle okazało się jednak, że jedyny autobus do Quilmes, drugiej z planowanych na ten dzień miejscowości, odchodzi o 14.10 co dawało nam zaledwie 70 min. na dotarcie do oddalonej o 12 km El Mollar, obejrzenie menhirów i powrót. Uznaliśmy, ze bez taksówki się nie obejdzie i szybko zlokalizowaliśmy nonszalancko opartego o zdezelowana karoserię swego wozu kierowcę, który wg naszych podboliwijskich doświadczeń musiał być samozwańczym taksówkarzem. Instynkt nas nie zawiódł, facet okazał się bardzo miły, dowiózł nas na miejsce i z powrotem, po drodze zatrzymując się na tamie abym mogła sfotografować rozlewisko. Sam park menhirów okazał się interesujący raczej ze względu na ideę przyświecająca założeniu, niż zbiory. Gigantów tam nie znaleźliśmy. Raczej mnóstwo kurduplastych skałek, ale niektóre miały wyryte przed wiekami rysunki i dzięki temu mogły stanowić atrakcję, zwłaszcza dla takiego niedoszego archeologa jak ja. Cały kompleks parku też do wielkich nie należał, boisko do gry w piłkę nożną jest większe. Ale w sumie nie żałowaliśmy, ze tu przyjechaliśmy – mity przewodnikowe też czasem trzeba obalić. Kolejna droga autobusem znów pochłonęła dwie godziny przy czym okazało się ze wioska Quilmes to jedna chałupa z pętającym się pod nogami burkiem przy średnio ruchliwej drodze. I drogowskaz – „Ruiny Quilmes 5 km”. Więc poszliśmy jak ta cholerna krajka – droga pylistą, droga polną. Długo się nie naszliśmy bo machając od niechcenia Tomek zatrzymał stopa. Drugiego w argentyńskiej karierze. Zatrzymało się małżeństwo z małym, 10 letnim chłopcem. Chłopiec okazał się kluczowy dla całej znajomości bo w swojej gorliwości młodzieńczej poznał już tajniki obcej mowy, jaką był język angielski co umożliwiło nam bardziej zawiłą konwersację niż „si, no, estupendo, grande, gracias, por favor”. Rodzinka dowiozła nas do ruin, po czym zaproponowała ze zabierze nas z powrotem jeśli godzina czasu na zwiedzanie Pucary nam wystarczy. Wystarczyła. Twierdza z okresu preinkaskiego zrobiła na nas ogromne wrażenie. Indianie wykorzystali zbocze góry, w które wcinała się konstrukcja ich warownego Pueblo, rozciągając się następnie na obszar ok. 30 hektarów u jego podnóża. Mieszkało tu w okresie świetności Pucary ok. 5 tyś ludzi, którzy przetrwali nawet najazd Inków. Niestety nie poradzili sobie z hiszpańską konkwistą która w 1667r. przetransportowała stąd ok. 2 tys osób do Buenos Aires. Podobno by sprzedać ich jako ciekawostki, hen za oceanem, w dalekiej Europie. Włóczyliśmy się po ruinach niegdysiejszej świetności, próbując wyobrazić sobie tamto zycie, tamten czas i ludzi. Trudne, surowe jak tutejsza ziemia, pustynna i jałowa, skąpo obdarzająca swoimi skarbami zarówno autochtonów jak i intruzów. W promieniach zachodzącego słońca twierdza wyglądała jak monumentalne „Memento Mori”. Zwiedzanie zakończyliśmy zakupem drobiazgu dla malca z samochodu, który nas tu dowiózł. Mały tak się ucieszył z prezentu, że mi się rzucił na szyję – jak widać pomimo pierwszych zmarszczek jakie zlokalizowałam na swoim pysku, dzieci jeszcze nie odstraszam. Rodzice zapałali do nas tak intensywna sympatią, że skończyło się na podwiezieniu nas do najbliższej miejscowości, wspólnych zdjęciach, wymianie adresów mailowych i telefonów. Chcieli nas zabrać jeszcze do obserwatorium astronomicznego ale niestety mieliśmy za mało czasu. Ostatecznie poprosili, żebyśmy zadzwonili do nich jak już dojedziemy do Buenos. Sami tam bowiem, jak się okazało mieszkają, a obecnie są na wakacjach – z powodu ogłoszonej pandemii grypy szkoły zamknięto na dwa tygodnie dłużej niż standardowe ferie zimowe wiec rodzinka wykorzystała ten czas na krótki wyjazd krajoznawczy. Obiecaliśmy skontaktować się z nimi i w przyjaznej atmosferze pożegnaliśmy się serdecznie. Przewodnik po Argentynie napisany po angielsku zaraz na początku przytacza dowcip, podobno popularny w tym kraju, który ma charakteryzować osobowość typowego Argentyńczyka. „W jaki sposób Argentyńczyk popełnia samobójstwo – Spada ze swojego ego”. Cóż…, może i tak to wygląda ale jak na razie na podstawie własnych doświadczeń gotowa jestem wepchnąć z powrotem do gardła podobne słowa komuś, kto je w moim towarzystwie nieroztropnie wypluje. Ludzie, których tu spotykamy w żaden sposób nie są zarozumiali czy przesadnie dumni. Nie paradują z napuszonym ego. Ci którzy żyją w większych aglomeracjach właściwie niczym się nie różnią od Europejczyków. Ich świat jest, poprzez unifikujący proces globalizacji, bardzo zbliżony do naszego. Różnicą może jest poziom życia, 17 milionów ludzi egzystuje w Argentynie na poziomie skrajnej nędzy, co przy populacji 40 milionów jest niebagatelną liczbą. Widać to szczególnie po zaniedbanych budynkach, bezpańskich psach, slumsowatych norach, w których koczują ludzie. Ludzie, którzy jeszcze do niedawna pędzili normalne życie a w biedę wpędził ich kryzys lat 90-tych. Taką, chyba najbardziej beznadziejną sytuację, mają ludzie w wielkich miastach, jak Buenos Aires. Dworzec autobusowy Retiro stanowi niejako granicę między dwoma światami. Fasada wychodzi na wielkomiejski plac. Z tyłu w zrujnowanych domach, z kartonów, folii i blachy najbiedniejsi stworzyli swój świat. Przerażający kontrast. Nieco mniej widoczny jest on na prowincji. Ubogie wioski zagubione w pyle podandyjskich płaskowyży, domy lepione z gliny, hacjendy wzdłuż Parany, zbudowane raczej z kamieni i drewna. I ludzie. Tak samo wszędzie spracowani, przemierzający bezdroża swoich prowincji raczej konno niż samochodami, w tradycyjnych poncho a nie kurtkach, kobiety częściej w barwnych choć sfatygowanych spódnicach niż dżinsach. Śniade, ogorzałe od słońca i wiatru twarze, czasem stroskane, częściej uśmiechnięte… Być może ten nieszczęsny dowcip kryje w sobie ziarno prawdy. Może w tych ciężkich warunkach duma jest jedyną rzeczą na jaką stać tych ludzi…

Drogę powrotną pokonywaliśmy nocą, co oszczędziło Tomkowi drastycznych widoków przepaścistych wąwozów. Niestety, początkowe bezchmurne niebo, usiane milionami gwiazd, świecących tak jasno, jakby były rozwieszonymi tuż nad naszymi głowami sznurami choinkowych lampek, zastąpiła gęsta mgła. Kiedy na ową mgłę nałożyło się wyobrażenie wąskiej, krętej drogi w dół, którą przemierzaliśmy w ciemności nocy, jakoś tak mimo woli człowiek zaczynał się zastanawiać czy przypadkiem kierowca nie przeżywa jakiegoś załamania nerwowego, które włączyłoby w nim tryb straceńczej fantazji pt. „No risk, no fun”. Zapach palonej gumy hamulców jakoś nie przyczyniał się do rozluźnienia atmosfery. No ale dojechaliśmy. Koło północy padliśmy na łóżka totalnie zmachani ale szczęśliwi. Trochę psuła ta radość świadomość, że rano trzeba stać przed piątą bo o 5.55 odjeżdża nasz autobus do Cordoby. Godzina absolutnie niegodziwa ale jedyna sensowna bo do Cordoby jedzie się 7 godzin, więc wyjazd o późniejszej porze powodowal by stratę całego dnia na nużącą podróż. Nastawiliśmy budzik w telefonie i zasnęliśmy. No prawie zasnęliśmy. Bo ja w pół śnie kotłowałam się po łóżku aż w końcu z niego spadłam, zrzucając też komórkę. Telefon oczywiście rozpadł się na części. Klnąc straszliwie złożyłam go do kupy, ustawiłam na powrót datę i godzinę i wreszcie zasnęłam. Była pierwsza. Ocknęłam się wyjątkowo wyspana z niepokojącym uczuciem, że powinno być inaczej. Nie bez powodu – na zegarku widniała 6.51. Pominę plugastwo, które wyrwało mi się z ust, dość, że ściany tego hotelu jeszcze nigdy nie słyszały tak kwiecistych sentencji, konstruowanych w ekspresyjnym języku łaciny podwórkowej. Tomek skonstatował fakt zaspania z typowym dla niego spokojem „to przynajmniej możemy pospać dalej”. Długo nie pospaliśmy, o ósmej zwlekliśmy się z łóżka i uznaliśmy że czas szukać innego połączenia do Cordoby. Po drodze na dworzec udało mi się jeszcze spenetrować kościół dominikanów „Nuestra Seniora del Rosario”, który dwa dni temu był zamknięty. Już gotowa byłam uznać, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ale na dworcu pan w kasie uprzejmie nas poinformował, że żadnych zwrotów czy zamian niewykorzystanych biletów autobusowych się nie uskutecznia. No cóż, mamy za sobą wobec tego najdroższa godzinę snu w życiu zapewne – 200 zł. w plecy. Ale co tam. Siempre adelante! Za chwilę mamy nowe połączenie i następny wpis uczynie już w Cordobie.

22-23.07.2009

Do Cordoby dotarliśmy po dziewiątej wieczorem – najidiotyczniejszy sposób na spędzanie czasu, adekwatny jednak do debilizmu jakim się wykazałam w nocy. Jak to niektórzy mawiają – każdy ma taką empirię na jaką zasłużył. Wraz z pokonywanymi kilometrami zmieniały się krajobrazy za oknem. Znów zrobiło się płasko, połowę trasy pokonywaliśmy przez pampę, z niskimi krzewami i sporadycznymi kaktusami. Potem zrobiło się trochę bardziej zielono bo wjechaliśmy na tereny uprawy trzciny cukrowej. Aż w końcu na horyzoncie znów pojawiły się góry, choć nie tak wysokie jak dotąd mieliśmy okazję podziwiać i znaleźliśmy się w rejonie Sierry Interioru. Sercem tej krainy jest właśnie Cordoba, założona w 1573 r. przez Jeronima Luisa Se Cabrera. Pomnik owego pana stoi dziś na jednym z ważniejszych placów miasta, obsrywany regularnie przez gołębie. Ale możemy sobie wyobrazić, że był czas gdy ów rzutki kawaler podążył z biegiem Rio Dulce na południe od Santiago del Estero i dotarłszy do rejonu, który podobno ze względu na klimat kojarzył mu się z basenem Morza Śródziemnego założył miasto o nazwie nie w kij dmuchał: Cordoba le Llama de la Nueva Andalucia. Dłuższej wymyśleć chyba nie mógł. Myślę, że nikomu tłumaczyć nie muszę, dlaczego dziś powszechne jest określenie Cordoba. Rozwój miasta przyszedł wraz z odkryciem przez Hiszpanów w pobliskich górach złóż metali. Miejscowi Indianie, żyjący sobie dotąd spokojnie stali się nagle potencjalną siłą roboczą, którą oczywiście należało też nawrócić, by zdychając w kopalniach konkwisty od razu kierowali się na połoniny niebieskie. Dotychczasowe wierzenia w słońce i księżyc zastąpiono jedynie słuszną wiarą katolicką, krzewioną gorliwie przez szereg zakonów, od jezuitów począwszy, na franciszkanach i dominikanach kończąc. Pojawiły się też karmelitki, bo coś trzeba było robić ze zbędnymi w społeczeństwie podstarzałymi, ubogimi albo paskudnymi senioratami i seniorami. Innymi słowy Cordoba to miasto kościołów. Przez dwa dni pobytu zwiedziliśmy ich z osiem. Opisywać każdego szczegółowo nie będę, bo osoby nie zaangażowane w historię sztuki, mogłyby tego nie zdzierżyć i zaocznie mnie zlinczować. Zainteresowanych natomiast zapraszam na przegląd zdjęć i szczegółową relację w klimacie IHS-u (dla niezorientowanych IHS to skrót od instytutu historii sztuki) po naszym powrocie, przy niekoniecznie argentyńskich trunkach (niech szlag trafi Ryainera za ograniczenie 15 kg na bagażu). Dość powiedzieć, że zdecydowana większość z nich, pochodzi z okresu baroku a te, które powstały później najchętniej do stylistyki barokowej (czasem łamanej jakimiś elementami neoklasycystycznymi) nawiązywały. Największą atrakcję miasta stanowi Estancia Jesuitica, wpisana na listę UNESCO. Jest to olbrzymi areał zajęty przez kościół, kolegium, uniwersytet i kaplice pojezuickie. Istotnie - warty był uwagi. Niemniej jednak ja najbardziej zaśliniłam się przy Iglesia del Sagrada Corazon, kościołu niezwykle interesującego ze względu na kaplicę maryjną, usytuowana na osi kościoła za prezbiterium, dwukondygnacyjną, do której prowadziły monumentalne schody, umieszczone w ambicie kościoła. Niebagatelną przyczyną, dla której zajął w moich wspomnieniach miejsce wyjątkowe, była ta, że w powodzi barokizacji, która mnie tu namiętnie osacza, ten akurat był neogotycki. No ale ja tu już się zapędzam w opowieści historyczno – sztuczne a to wszak wszystko miałam okazję dopiero obniuchiwać dnia następnego. We wtorek wieczorem gdy przybyliśmy do Cordoby, najbardziej palącą potrzebą było odnalezienie jakiegoś taniego hotelu na nocleg. Ponieważ pan z informacji turystycznej wypiął się na potrzebujących porady przybyszy i zamknąwszy interes na kłódkę udał się zapewne do domu, odwołać sie musieliśmy do przewodnika Lonley Planet. Tam oczywiście adresów było całkiem sporo ale że cholerstwo pisane było dla burżui rumianych z Anglii lub Stanów to ceny proponowane za nocleg lekko zwalały z nóg. Poza jednym hotelem, dość odległym od dworca i centrum ale za to o symptomatycznej nazwie TANGO. Pognaliśmy tam, a jakże. Miejsce było, czemuż by nie. Tyle że hostel powinien się nazywać Balanga, bo z tanga to tam się tylko zaplątała jakaś ulotka o milongach w Cordobie. Klimatów tangowych tam nie napotkaliśmy natomiast Amerykanów na wakacjach, zachowujących się jak buszmeni podczas tańców godowych, owszem. Totalna komuna, trawka, hałas, The Doorsi zarzynani na gitarze, chichoty panienek, przypominające ryk rozjuszonego grizzly… Do wyboru, do koloru. No cóż, jak widać i takie uroki życia w Argentynie poznać musieliśmy. Za to było stosunkowo tanio i czysto, a poza tym hostel mieścił się w jakimś pokolonialnym budynku a nie koszmarnym punktowcu z XX-wieku. Uznając, że wartości estetyczne przeważają nad ewentualnymi mankamentami subkulturowymi, zamelinowaliśmy się tam na dwa dni i jak się okazało, nie było wcale dramatycznie. Zwłaszcza jak w ramach rewanżu za wycia konającego bawołu o trzeciej w nocy, zarządziłam suszenie włosów tak circa siódma rano. Poranek dnia następnego okazał się podnoszący ciśnienie z zupełnie innego jednak powodu – otóż po raz pierwszy w podróży naszej zostaliśmy zaskoczeni przez opad śniegu. Aczkolwiek w tej Argentynie to nawet śnieg jest inny bo bardziej przypominał grad ale fakt jest faktem –otarliśmy się o prawdziwą zimę. Wrrr!!! Dopołudnie spędziliśmy włócząc się po Cordobie, od jednego zabytku do drugiego, starając się pomijać wzrokiem natrętnie pchającą się człowiekowi do gardła z każdej strony komercje. To chyba jest powód dla którego nie specjalnie przepadam za większymi miastami – nachalność byle jakich, tandetnych, takich samych w każdym chyba zakątku ziemi towarów, gównianych produktów naszej zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej plastikowo – fastfoodowej kultury… Ależ to obrzydliwe… Wolę jednak atmosferę sennych miasteczek, tętniących zupełnie innym rytmem życia, niż pogoń za badziewnym blichtrem większych miast. Fakt jednak niezaprzeczalny jest taki, że to w wielkich miastach najczęściej są tu w Argentynie dobre dzieła sztuki. Nie zawsze oczywiście, czego potwierdzeniem była popołudniowa wyprawa do Alta Graci. Miasteczko znane jest z kolejnej misji jezuickiej, która wraz z innymi, rozsianymi wokół Cordoby została wpisana na listę UNESCO – jej obecny teren obejmuje niezwykle urokliwy kościółek i całkiem niezłe muzeum historyczne. Druga atrakcja Alta Graci jest dom Che Gevery, w którym mieszkał z rodzicami jako nastolatek, gdy lekarz zalecił mu z powodu astmy zmianę klimatu na bardziej suchy. Dziś działa tam muzeum Che, które podobno odwiedził nawet kiedyś Fidel Castro. Mnóstwo zdjęć, pamiątek i oczywiście kultowy motocykl. W sumie wycieczka warta odbycia.

Dzień kolejny również podzieliliśmy na zwiedzanie Cordoby i jej okolic. Rano pojechaliśmy na północ, do oddalonej o 50 km. od miasta miejscowości o iście hiszpańskiej nazwie Jesus Maria. Kolejna ospała mieścina i kolejne, tym razem dwie misje jezuickie. O ile jedna stanowiła typowy klasztor, o tyle druga była dawnym kolegium, które w XIX w. stanowiło nawet filię Uniwersytetu w Cordobie. Prestiż był to spory, zważywszy na fakt, że uczelnia w Cordobie jest najstarszą i najbardziej niegdyś cenioną w Argentynie. Dziś oba obiekty przekształcono rzecz jasna na muzea. Leniwa atmosfera przenikająca wąskie, dość monotonne w swojej drobnomieszczańskiej architekturze, uliczki udzieliła się i nam bo po powrocie po południu do Cordoby najpierw posnuliśmy się opieszale coś zjeść a dopiero potem zrobiliśmy ciąg dalszy wędrówki po zabytkach. Jak już powiedziałam, jest ich tam niezmierzona ilość a czas ku mojemu ubolewaniu mijał zdecydowanie zbyt szybko. W końcu przyszła noc, zrobiło się pioruńsko zimno i trzeba było zacząć sposobić się do powrotu na dworzec autobusowy, gdzie rano zostawiliśmy nasze plecaki. Wiem, że kiedyś jeszcze odwiedzimy to miasto i z przyjemnością odnajdę te miejsca, do których tym razem nie udało mi się dotrzeć. Poziom tutejszej sztuki zrobił na nas obojgu duże wrażenie. A jednak jakaś cząstka nas tęskniła do pustych zaułków tych wszystkich niewielkich puebli, których migotliwe światła okien wydawały się przytłumionymi ognikami ludzkiej iluzji ciepła przy zimnym blasku rozgwieżdżonego nieba rozpiętego nad tchnącymi osamotnieniem wyżynnych pustkowiach.

Za chwilę odchodzi nasz autobus do Buenos. Tym samym kończymy naszą wędrówkę po tym niezwykłym kraju. Myślę, że to była genialna decyzja – pojeździć, pozwiedzać, przyjrzeć się tej krainie i tym ludziom zanim zaszyjemy się w świat tanga. Obiecywaliśmy sobie, że tak i w przyszłości rozpoczynać będziemy każdy pobyt w Argentynie. Bo jest to kraj, do którego chce się wracać. Po przyjeździe do Buenos Aires intensywność wpisów zapewne zmaleje aczkolwiek sukcesywnie odnotowywać będę nasze sukcesy i porażki, tym razem na parkietach. W związku z czym nie mówię Adios a jedynie Hasta pronto!

24.07.2009

Przejazd do Buenos zajął całą noc i to w towarzystwie rozwrzeszczanej smarkaterii. Jakoś nam nagle odechciało się prokurować potomstwo. Ciekawe dlaczego… Umówieni przez maila z pracownikiem agencji, od której wynajmowaliśmy mieszkanie, stawiliśmy się o godz. 9.00 pod wyznaczonym adresem (w klapie brakowało nam chyba tylko przysłowiowego goździka) i po niecałej pół godzinie staliśmy się tymczasowymi posiadaczami 36 m2 w dzielnicy zwanej Palermo. Z racji, że czytać ten wpis może ktoś o sporej dozie kultury osobistej nie dookreślę jak daleko jesteśmy od centrum. Na szczęście jest metro i nogi. Niekoniecznie w tej kolejności. Dzień przeznaczyliśmy na zagospodarowanie się, bo po nocy w autokarze i dwóch wcześniejszych zrąbanych przez watachę Hunów podczas rui jakoś nie mieliśmy siły od razu zasuwać na lekcje tanga. Przede wszystkim palącą stała się potrzeba znalezienia pralni. Jak się okazało, nie graniczyło to z żadnym cudem, pani nawet nie miała zdumionej miny jak jej rzuciliśmy na stół cały plecak brudnych ciuchów. Ciekawa jestem czy nie policzy nam podwójnej stawki za usługę bo jak sobie pomyślę o fetorku unoszącym się nad naszym podgniłym ręcznikem, o skarpetkach hodowanych skrzętnie w plecaku przez półtora tygodnia nie wspominając o swetrach, które dzielnie towarzyszyły nam przez dwa tygodnie wędrówki, to włos mi się na głowie jeży z obrzydzenia.

Wieczorem ruszyliśmy na pierwszą w Buenos milongę. Nie wiem czemu zarzekałam się, że nie będę pisać tyle co wcześniej kiedy od razu na samym początku zaczęły się mega atrakcje. Bo chyba tylko nam może się przydarzyć taka groteska. Otóż ja, osoba o skrajnej niechęci do niskich temperatur (do wysokich też – niech sobie słoneczko kombinuje jak mnie zadowolić a nie przegiąć w żadną ze stron), więc oto ja – zmarzluch pierwszej wody wybrałam się na debiutancką milongę w stolicy tanga, co by roztaczać swój wątpliwy urok, zębem czasu nadkruszony (ach te cholerne lustra!) na salonach i parkietach a tu się okazało, że La Glorieta to nie żadna knajpa, klub czy inny lokal ale po prostu zadaszony podest w parku na świeżym, jakże orzeźwiającym powietrzu (całe wredne 5 stopni powyżej zera!). Trzeba naprawdę ironii losu abym ja, osoba nie pojawiająca się na milongach na Wzgórzu Partyzantów gdy jest poniżej 20 stopni, tańczyła swoje pierwsze tanga w Buenos w rytm świstu mroźnych podmuchów wiatru. Po trzech tandach jednak krew nieco żwawiej popłynęła w żyłach (czyniła to nieco nierychliwie, ale plus polegał na tym, że w ogóle krążyła). Zasiadłam na stołeczku nieco odpocząć i zapalić (jak tu rzucić papierosy skoro paczka kosztuje 4 zł?). A tu zaczął się kręcić macho. Tomek później twierdził, ze facet skradał się dobrze z 10 minut. W końcu odważył się. Poprosił Tomka by mu udostępnił partnerkę. Tomek nie odmówił. Łał! Czekało mnie pierwsze argentyńskie tango z rodowitym Argentyńczykiem sądząc po wizażu. I to nie jakimś geriatrykiem tylko całkiem nieźle prezentującym się kawalerem. Nie żebym miała coś przeciw podeszłym latom – w końcu można podejrzewać, że wskazują one na tangowe doświadczenie. Ale trochę kobiecą próżność połechtał fakt, że w koperczaki uderzył stosunkowo młody. I tu się po raz kolejny okazało, że Bóg niewątpliwie dysponuje niewybrednym poczuciem humoru bo po czterech taktach pan obsługujący magnetofon wyłączył muzykę, gromkim głosem oznajmiając, że na dziś zabawa się kończy. Bardzo kurna śmieszne! Następna porażka nastąpiła zaraz potem bo partner zamierzał najwyraźniej bardzo serdecznie mnie pożegnać ale ja nie nawykła jeszcze do lokalnych zwyczajów zamiast nachylić się do grzecznościowego całusa stałam jak przysłowiowa żona Lota, co spowodowało dość intrygującą ekwilibrystykę faceta, który zdążył przebyć już pół drogi między nami ale nie spotkawszy mnie z nadstawionym pyskiem zatoczył szerokie koło niczym pajacyk na sprężynce dla dzieci i powrócił na uprzednio zajmowaną pozycje. Tomek też stał się obiektem zainteresowania jakiejś tangerity, która obserwowała go bacznie gdy tańczył ze mną na parkiecie a potem ostentacyjnie przeszła przez cały parkiet, rzekomo w poszukiwaniu ognia do papierosa. U mnie oczywiście. Ciekawa jestem tylko dlaczego „Gracias” posłane było raczej do Tomka, który siedział jak ten matołek, kompletnie głuchy na kobiece sztuczki. W sumie chyba powinnam się cieszyć. Zakładając, że to uczucie do mnie tak go zaślepia a nie jedynie chwilowa dezorientacja.

Noc była jeszcze młoda a Buenos tętniło rytmem tanga zapewne w niejednej knajpce, jednak my ostatecznie doszliśmy do wniosku, że trzy ostatnie noce w plecy trochę dają się we znaki wiec wróciliśmy do mieszkania podreperować nadwątlone siły winkiem i wcześnie się położyć. Bo jutro… Oj będzie się działo!