Relacja z wyjazdu do Argentyny
(lipiec-sierpień 2009)

Argentyna - odsłona druga

16.07.2009

Wyjście na papierosa podczas dłuższego postoju, jakieś 50 km przed Saltą w okrutnej porannej ciemnicy rozwiało moje złudzenia co do tego czy będzie ciepło. Biorąc pod uwagę fakt, że całą noc spędziliśmy w lodowatym autobusie (klimę to kurna mają a ogrzewania chyba nie!) zaczęłam rozważać pomysł zakupu w najbliższym napotkanym sklepie dodatkowego swetra bo te zaledwie dwa, w które się na noc wbiłam (o polarze nie wspominając) okazały się niewystarczające. Jednak w ciągu dnia zmieniłam zdanie bo wyjrzało słońce i zrobiło się niemal upalnie. Dzień poświęciliśmy na zwiedzanie dwóch miast oddalonych od siebie o jakieś 200 km. – Salty i San Salvador de Jujuy. Stosunkowo długą porę siesty kiedy Argentyńczycy zamykają niemal wszystko (jak ma się siesta do zimowej pory tego nie rozumiem) wykorzystaliśmy na przemieszczenie się z jednej miejscowości do drugiej. Zważywszy, że zaskakujący tryb pracy zakłada otwieranie muzeów już o siódmej rano a zamykanie ich o dziewiątej wieczorem udało nam się wykonać zestaw maksimum. Oba miasta swoje najważniejsze zabytki skupiają w tzw. Centrum z czego w Salcie jest to malowniczy, zadrzewiony plac, w Jujuy zaś kilka krzyżujących się hałaśliwych ulic. Własciwie trudno o większy kontrast niż ten jaki istnieje miedzy obiema tymi miejscowościami. Salta, o długich tradycjach, jest miastem gdzie na palcach jednej ręki policzyć można budynki przekraczające trzy kondygnacje. Większość stanowią domy epoki kolonialnej albo nowsze, gabarytami i stylem nawiązujące do poprzednich. Pomimo mnóstwa turystów wydaje się być miastem bardzo spokojnym i zrelaksowanym. Jujuy tętni życiem, pośpiech, hałas i nowoczesność, ocierająca się często o tani blichtr, jest na porządku dziennym. Mimo tak odmiennych twarzy obu miast ogladaliśmy w nich podobne zabytki. Zestaw classic to katedra, kościół św. Franciszka, Muzeum Historyczne i Muzeum Archeologiczne. Salta dorzuciła na okrasę konwent San Bernardo a Jujuy Muzeum klasztoru św. Franciszka. Z Muzeów największe wrażenie robi archeologiczne w Salcie, które na dobrą sprawę prezentuje zbiory powstałe dzięki jednej ekspedycji z 1999. Najgłośniejszym „eksponatem” wystawy jest ciało zmumifikowanej inkaskiej dziewczynki odnalezione wówczas przez archeologów wysoko w Andach. Wystawienie jej na widok publiczny było postrzegane jako decyzja niezwykle kontrowersyjna, aczkolwiek tłum walący do muzeum nie wskazywał, by ją bojkotowano. Nie da się ukryć, że stanięcie twarzą w twarz z tym obliczem, zastygłym w jakimś przedziwnym paroksyzmie bólu, strachu czy po prostu narkotycznego snu robi kolosalne wrażenie. Czasami daleka jestem od przekonania, że żyję w zhumanizowanym świecie ale gdy pomyślę o tamtej cywilizacji to chyba jednak nie mam powodów do narzekań. Kościoły obu miast mimo odmiennych fasad w środku zasadniczo posiadają podobnie aranżowaną przestrzeń. Całość na planie prostokąta z nawą główną, niekiedy z nawami bocznymi, a czasami kaplicami, zawsze o sklepieniu kolebkowym z lunetami, kopułą na skrzyżowaniu naw i dwuprzęsłowym prezbiterium, prosto zamkniętym. Wnętrze identycznie artykułowane monumentalnym belkowaniem wspartym na kolumnach lub piastrach, o fryzie wypełnionym gęstą dekoracją stiukową operującą wyrafinowanymi, linearnymi, niemal wysuszonymi formami. Odmiennie kształtowało się jedynie sklepienie katedry w Jujuy, na moje oko pozorne, trochę w formie sugerujące zwierciadlane. Niestety organizacja bryły praktycznie rezygnuje z jasnego oświetlenia, Niewielka ilość światła wpadająca do środka czyni wnętrza mrocznymi, tajemniczymi ale i nieco niedostępnymi ze względu na możliwości technicznych aparatów fotograficznych. Ołtarze stanowiące wyposażenie kościołów często reprezentują całkiem niezły poziom rzeźbiarski i wyglądają na XVIII wieczne jednak umieszczone w nich figury w najlepszym wypadku siegają XIX w. i najczęściej są ckliwie „słodkopierdzące”. Szczególną odmiennością, rzucającą się w oczy człowiekowi przywykłemu do sztuki Zach. Europy jest odziedziczona po Hiszpanach tendencja wzmacniania realizmu rzeźb poprzez wyposażania ich w ubrania i prawdziwe włosy. W muzeum historycznym w Jujuy odnalazłam niezwykłą Matkę Boską Bolesną – ubraną w czarny wdowi strój typowy dla XVIII w. Hiszpanii, siedzącą na krześle, z rękami złożonymi na kolanach, mnącą w geście rozpaczy trzymaną w dłoni koronkową chusteczkę. Identyfikacje umożliwiało tylko metalowe serce przebite strzałą umieszczone na piersi owej figury. W ikonografii europejskiej rzecz niespotykana, poza może płw. Iberyjskim. Tu można by rzec, nic nadzwyczajnego.

Zmęczeni dwoma nocami pod rząd spędzanymi w autobusach zarządziliśmy nocleg w Jujuy. Niedaleko dworca znaleźliśmy niewielki hostel, którego największym atutem była ciepła woda. Niemal utopiłam się pod prysznicem piszcząc z zachwytu. To najlepiej wskazuje że człowiekowi wiele do szczęścia nie potrzeba. Wystarczy ze się trzy dni nie może umyć to potem byle łazienka z gorącą wodą a on już uważa że dostał się do raju. Taki efekt przy takim skromnym budżecie  Chyba pójdę wykąpać się raz jeszcze – na zapas…

17.07.2009

Trzeba było wykąpać się raz jeszcze wieczorem co by zażyć nieco hedonizmu bo gdy rano kurcgalopkiem pokonałam 2 metry do łazienki to okazało się, że z kranu leci tylko zimna woda. Zagryzłam zęby i dokonałam pseudoablucji. Notabene gdy Tomek pół godziny później poczłapał się umyć, okazało się, że woda gorąca leci bez żadnych ograniczeń. Biednemu wiatr w oczy, cholera! Opuściwszy nasz hostel pognaliśmy chyżo na dworzec autobusowy by złapać autobus do Purmamarci. Dystans do dworca, co już chyba nikogo nie dziwi, pokonywaliśmy owiewani arktycznym chłodem. Epoka lodowcowa się kłania, wyginiemy w tej Argentynie niczym pieprzone dinozaury. Na szczęście około 11.00, gdy dotarliśmy już na miejsce, pogoda przypomniała sobie że strefa subtropikalna jednak do czegoś zobowiązuje i słoneczko przygrzało znienacka aż miło. I tak świeciło aż do zachodu a my rozkoszowaliśmy się pierwszym prawdziwym upałem. Nie tylko zresztą nim – przede wszystkim naszą uwagę przykuwały absolutnie nieziemskie krajobrazy. Podążając na północ przemierzaliśmy wspaniały wąwóz, od setek lat stanowiący najważniejszy korytarz komunikacyjny między Boliwią a Argentyną. Wijący się wśród wysokich wzgórz, mieniących się dziesiątkami kolorów, stanowi największą atrakcję tej części Andów a nawet został wpisany na listę UNESCO. Istotnie, nie bez przyczyny. Purmamarca urzekła nas tzw. Wzgórzem Siedmiu Kolorów wznoszącym się ponad miasteczkiem. Nazwa wydała nam się o tyle nie adekwatna, ze siedem kolorów dostrzec mógłby człowiek jedynie upośledzony. Wg nas zbocza wzgórza pulsowały setką odcieni żółci, czerwieni, brązu i zieleni. Niesamowity spektakl barw. Samo miasteczko znane jest przede wszystkim ze skromnego kościółka, którego wyjątkowość wynika z materiału, z jakiego powstał, Cały kościół, podobnie jak okoliczne domy zbudowano z gliny. Jedynie podmurówka wykonana została z kamienia. Szczególne było również wyposażenie kościoła ponieważ zarówno ołtarz jak i ambonę i lektorium wykonano z kaktusa. Jego drewno jest jednym z niewielu materiałów jakie oferuje człowiekowi w tym rejonie natura. Okoliczne góry porastają bowiem jedynie kaktusy i kępki wyschniętej, szarej trawy. O przydatności tej rośliny dla miejscowej architektury przekonaliśmy się również w kolejnej odwiedzonej miejscowości – Tilcarze. Pojechaliśmy tam ze względu na Pucarę – prekolumbijska twierdzę, częściowo zrekonstruowaną przez archeologów. O ile ściany domów wykonane były tym razem z kamienia, o tyle stropy wspierały się na kaktusowych belkach. Same stropy wykonano z czegoś co do złudzenia przypominało bambus – choć skąd go wzięto to nie mam pojęcia bo w okolicy żadnych rosnących bambusów nie zarejestrowaliśmy. Od zewnątrz konstrukcja dachowa szczelnie obłożona była gliną, tworzącą skorupę stawiającą opór zarówno wiatru jak i tym nielicznym deszczom, którym zdarza się tu zabłądzić. Sama twierdza zlokalizowana na wznoszącym się nad miejscowością wzgórzu dawała dzięki rekonstrukcji poszczególnych obiektów ogólne pojecie o kulturze która tu niegdyś bujnie się rozwijała. Wyobrażenia owe skonkretyzować można było odwiedzając lokalne muzeum archeologiczne prezentujące obiekty z rejonu Peru, Chile, Boliwii i oczywiście Argentyny. Oczywiście nie obyło się bez zrobienia z siebie nieucywilizowanego debila. Można by rzecz, że potrafię wykorzystać każdą sprzyjającą okazję. Gdy przyszło bowiem do odjazdu, na tempo kupowaliśmy bilety, odbieraliśmy bagaże z przechowalni i wsadzaliśmy je do luku bagażowego w autokarze. Oczywiście wszystko to w pośpiechu, gdy reszta pasażerów już dawno wsiadła. No i po wsadzeniu plecaków do bagażnika chcę wejść do środka a tu mi kierowca drzwi przed nosem zamyka. Oczami wyobraźni dostrzegłam już jak autobus z naszym ekwipunkiem znika w tumanach kurzu a my stoimy jak sieroty, bo kierowca nie zauważył, ze mu dwóch pasażerów nie wlazło do środka. Puściłam więc gibko pięść w ruch i załomotałam do drzwi. Budząc tym samym zdziwienie wielkie u kierowcy, który bynajmniej nie planował zwiewać z naszymi gratami a jedynie sam opuszczał autobus własnymi drzwiami w celach bliżej nieokreślonych a żeby mu się ewentualni delikwenci, chcący jechać na gapę, nie wepchali chyłkiem do wnętrza, zamknął na czas absencji drzwi wejściowe. Musiałam swoim zachowaniem wzbudzić niejaką konsternację nie tylko u niego ale i u reszty pasażerów bo jedna pani całą drogę do Humahuaci patrzyła na mnie jak na osobę specjalnej troski. Zasadniczo nie mogę mieć o to do niej pretensji. Trzecia z odwiedzonych dziś miejscowości, w której zresztą zatrzymaliśmy się na nocleg mniej jest odwiedzana przez turystów, z tej to zapewne przyczyny, ze najciekawszy jej zabytek leży 11 km od centrum i nie dojeżdża tam żaden autobus. Z racji późnej godziny zainwestowaliśmy w taksówkę. Wydawało się to dość oczywistym posunięciem ale z perspektywy czasu dziwię się, ze kierowca nie posłał nas do diabła. Droga bowiem która musiał jechać nie dość, że prowadziła w wysoko w góry to w dodatku była nieutwardzona, kamienista, wąska i kręta. Za to malownicza było przeogromnie. Po pół godziny jazdy (zaznaczam – odległość 11 km!) dotarliśmy do Coctaci – olbrzymiego zespołu ruin z okresu przedinkaskiego jeszcze, który obejmuje dziesiątki hektarów powierzchni. Aczkolwiek nieprzebadany jeszcze archeologicznie i nie poddany żadnej rekonstrukcji, kompleks ten robi kolosalne wrażenie. Osobiście podobał mi się bardziej niż „ucywilizowana” pod turystów Pucara w Tilcarze. Zwały kamieni, gdzie niegdzie ułożeniem sugerujące jeszcze pozostałości murów i ścian, w innych miejscach tworzące złudzenie krajobrazu po trzęsieniu ziemi, to jedyny ślad po życiu jakie setki lat temu tętniło na tym obszarze. Budziły z jednej strony podziw dla umiejętności budowlanych ówczesnych architektów, z drugiej jednak strony kierowały myśli ku nieuniknionej przemijalności świata. „Ślady na piasku i kręgi na wodzie” – oto co po nas zostanie. Dobrze jeśli aż tyle… Po nas z pewnością przyjdą następni, którzy na gruzach naszej wielkości zbudują swoje życie. Tak jak w przypadku tych resztek twierdzy indiańskiej, której fragmenty wykorzystali miejscowi Ludkowie, konstruując na nich skromne chaty i próbując wydrzeć kamienistej, nieurodzajnej ziemi jakiekolwiek plony. Twardzi ludzie o wielkiej determinacji. Na zakończenie dnia postanowiliśmy zjeść pierwszy od kilku dni obiad i w tym celu ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś pizzeri. Zanim ją znaleźliśmy mieliśmy okazję obejrzeć miejscową procesję, która niosła do kościoła figurę ukrzyżowanego Chrystusa w towarzystwie kapeli złożonej z młodych ludzi grających skocznie na bębnach i dojo i strzelających petardami. Co kraj to obyczaj. Dotyczyło to również pizzy która jako wegetariańska za skład miała marchewkę i groszek. Podobno standardowo miała mieć jeszcze szpinak ale, chwalić Pana, skończył się! Nażarci potoczyliśmy się do hotelu z głębokim postanowieniem wyspania się gdyż jutro czeka nas podróż aż pod Boliwijską granice, do Yavi, gdzie znajduje się interesujący kościół. Mam kaprys go obejrzeć a Tomek jako prawdziwy błędny rycerz gotów jest mi towarzyszyć. Zresztą co ma biedak czynić, skoro ma za żonę walniętą historyczkę sztuczną, która się nie popuści żadnemu kościołowi a zwłaszcza takiemu co to ma w oknach szyby z alabastru!!! Sama podróż w tamtą stronę to nie problem ale potem musimy wrócić aż pod Saltę co oznacza noc w autobusie. Jak ja się cieszę!!!

18 – 19.07.2009

I pojechaliśmy. Dwieście kilometrów w jedną stronę. Pod Boliwijską granicę. Gdzie jałowe pustkowie, pustynne, pyliste i wietrzne ma do zaoferowania człowiekowi tylko walkę o przetrwanie. Świat jaki tam odnaleźliśmy nadaje nowych znaczeń pojęciu nędzy. Wzgórza z rzadka porośnięte tylko ubogimi trawami, nieurodzajna ziemia unosząca się tumanami kurzu ponad prymitywnymi lepiankami z gliny, kobiety o ogorzałych od niemiłosiernie palącego słońca twarzach, mężczyźni o spracowanych dłoniach, którymi próbują wyszarpać z tej niegościnnej gleby okruch umożliwiający przeżycie. A mimo wszystko ludzie uśmiechają się, z wielką życzliwością podchodząc do siebie i obcych. Jakby to życie dziwnym trafem nie napiętnowało ich obojętnością i marazmem beznadziei. Jak sobie pomyślę o tych naszych polskich pseudorolnikach, którym się nic nie opłaca to plugawe przekleństwa same się cisną na język. I gdy tak patrzy się na tą suchą, wynędzniałą krainę ich oczyma to nagle dostrzec można w niej jakieś dzikie, pierwotne piękno. Nie takie przypochlebiające się turystom, tryskające kolorami z kiczowatych pocztówek ale takie, które hartuje człowieka, które pierze bezlitośnie po pysku i każe zadawać sobie wszystkie najbardziej ważkie pytania. I nie było istotne to, że te dwieście kilometrów przejechaliśmy właściwie na darmo bo kościół był zamknięty a nawet gdyby był otwarty to na nic by się to zdało bo alabaster wypełniający ramy okien już dawno zastąpiony został siermiężną dyktą. Samo Yavi okazało się niewielkim pueblo, do którego z La Quiaci nie dojeżdża żaden autobus. Żeby się tam się dostać musieliśmy zasięgnąć języka miejscowego ludu, który w końcu wyjaśnił nam że do rzeczonej miejscowości jeżdżą tylko prywatni kierowcy, chałturząc na boku. Istotnie, nie minęła chwila jak nas taki jeden zaczepił proponując kurs do Yavi. Jazda była nie lada przeżyciem bo jak się okazało nie obowiązują tam chyba żadne przepisy co do ilości pasażerów w aucie i sposobu jazdy. W bagażniku combiaka siedział sobie na krzesełku jakiś dziadek, uparcie odmawiając zajęcia lepszego miejsca, które gotowi byliśmy mu z Tomkiem odstąpić. Nie wiem czy nie pozwalała mu na to duma czy nasz hiszpański był zbyt kulawy i staruszek nie pojął czego od niego chcemy, dość że przekiwał się na rybackim krzesełku piętnaście kilometrów dziurawą drogą po której kierowca pędził z fantazją szwoleżera – wybierając sobie wedle uznania aktualnie odpowiadający mu pas. Zasadniczo trzymał się lewego. Również na zakrętach. Z powrotem zabrał nas inny mężczyzna i dopiero po dotarciu do la Quiaci okazało się, że nie był to wlaściciel „prywatnego busa” ale zwykły kierowca, który uznał, że trzeba pomóc gościom i sam zatrzymał się z propozycją podwiezienia nas. Zorientowaliśmy się dopiero wysiadając, gdy pan odmówił przyjęcia ustawowych 10 peso za kurs, stwierdzając, że nie zabrał nas dla zarobku. Można wiec powiedzieć, że mamy na swoim kącie również argentyńskiego stopa, aczkolwiek nie wiem czy liczy się to w sytuacji gdy stop sam nas złapał. O czwartej po południu siedzieliśmy już w autokarze i wracaliśmy do Jujuy. Mimo, że nie zobaczyliśmy tego co zamierzaliśmy, nie żałowaliśmy decyzji o tej podróży. Jak już wcześniej zauważyłam, w tej wędrówce ważne są nie tylko zabytki. Ten świat na przekór swojej nieatrakcyjności zauroczył nas. Ci ludzie, którzy być może odkryli tajemnicę cieszenia się z rzeczy drobnych, cierpliwie wydzierający tej bezlitośnie twardej krainie skrawek miejsca dla siebie. Wzgórza o fakturze kojarzącej się z przeoraniem ich jakimś kolosalnym grzebieniem. Lamy majestatycznie przemierzające ugory. Lepione z gliny chałupki, przykucnięte wzdłuż pylistych dróg. Konie wypasane przez małych muchacho, pijące wodę z wątłych strumieni. Beczące owce gonione gdzieś w dal przez energiczną babiczkę, w której żyłach płynie zapewne jeszcze jakaś kropla inkaskiej krwi. Niesamowity świat. Cieszę się, ze na chwilę mogliśmy w nim zagościć.

Droga powrotna uświadomiła nam również inne oblicze tej rzeczywistości. Autobus bowiem był dwukrotnie sprawdzany przez żandarmerię, w tym raz z tzw. osobistą kontrolą bagażów. Jak się domyśliliśmy wiązało się to z niebagatelnymi problemami jakie Argentyńczycy mają z przemytem narkotyków z Boliwii. My akurat moglibyśmy przemycić cały plecak tego świństwa bo uprzejmość względem obcokrajowców spowodowała, że słysząc z jak odległych stron pochodzimy nawet nie kazali nam otwierać bagażów. Zresztą kto wie, może po prostu uznali, że wariaci pchający się w taką dzicz żeby sobie coś tam pozwiedzać na pewno są zbyt porąbani by brać udział w zorganizowanym przerzucie narkotyków. Do Jujuy dotarliśmy koło dziewiątej wieczorem i czując się niemal jak u siebie, podreptaliśmy radośnie do znanego nam już hotelu. KU naszemu zaskoczeniu okazał się on pełen gości ale miejsce się dla nas znalazło, choć może mniej fortunne bo sąsiad zza ściany przez pół nocy przemeblowywał chyba swój pokój. Tomek oczywiście nic nie słyszał, ja sen miałam z głowy. Za to pewne rzeczy się nie zmieniły – rano znów nie było ciepłej wody. Tym razem nawet Tomek mył się w zimnej – czyli jakaś sprawiedliwość kosmosu istnieje.

Bladym świtem potruchtaliśmy na autobus do Salty. Planowaliśmy dojechać tam jak najwcześniej i złapać połączenie do Cachi, malowniczej miejscowości znanej z kościoła w którym całe wyposażenie wykonane zostało z kaktusa. W Salcie okazało się jednak, że najbliższe połączenie jest dopiero wieczorem. Uznaliśmy, że czas za bardzo nas goni i kichnęliśmy na Cachi. Następnym razem – stwierdziliśmy. Bo w to że następny raz będzie, nie wątpimy ani przez chwile. Złapaliśmy więc autobus do Tucuman i po południu byliśmy już ulokowani w czarownym małym hotelu, w pokoju z XIX-wiecznymi meblami i wyjściem na urocze patio. Środek miasta a ja mam wrażenie ja bym siedziała u babci w ogródku na wsi. Sam Tucuman przypomina nieco Jujuy. Stara, niezłej jakości architektura przemieszana jest z bardziej współczesną. Większość ważnych obiektów historycznych koncentruje się w pobliżu jednego placu, wiec mimo rozległego terenu zajmowanego przez miasto, zwiedzanie nie wymaga pokonywania wielkokilometrowych dystansów. Nie zdążyliśmy jednak zobaczyć wszystkiego ze względu na szybko zapadający zmrok. Dotarliśmy do katedry, dość interesującej choć maniera klasycyzująca raczej nie należy do moich ulubionych. Aranżacja wnętrza zbliżona była do większości poprzednio oglądanych kościołów aczkolwiek tu wyróżniał się ołtarz, wychodzący mocno w przestrzeń transeptu, z dodatkowym ambitem po obu stronach prezbiterium. Drugim kościołem, który udało nam się zobaczyć również w środku był kościół św. Franciszka. Ze wszystkich dotychczas obejrzanych, ten był najbardziej autentyczny, bo zasadniczo ominęły go XIX-wieczne przebudowy i XX-wieczne upiększenia. Co prawda w dużym stopniu polichromie krzyczą rozpaczliwie o renowację, ale chyba właśnie dlatego miał w sobie coś ujmującego. Widać było w nim ten cały czas, który upłynął od chwili jego powstania. Nieco inaczej prezentował się kościół La Merced z figurą Madonny, którą po zwycięskiej bitwie o niepodległość na pocz. XIX w. obwołano generałem armii argentyńskiej. Tytuł ten honorowany jest do dnia dzisiejszego a kościół otrzymuje generalską pensję. Pensja ta nie przekłada się jednak na wygląd kościoła. O ile fasad jest jeszcze interesująca to wnętrze straszy pompatycznymi polichromiami z historią bitwy. Kicz w wydaniu hardcore. Spacer uliczkami centrum urozmaicaliśmy sobie wejściami do poszczególnych muzeów: Casa de la Independencia (gdzie w 1816 podpisano deklarację niepodległości, eksponującą szereg eksponatów z historii miasta i okręgu), Casa Pabillo ( z niewielką wystawą obrazów europejskich i miejscowych, meblami z XVIII i XIX wieku oraz z wazami chińskimi) oraz Muzeum Sztuk Pięknych (prezentującego aktualną twórczość artystów argentyńskich, mocno nakierowana na tematy zaangażowane społecznie i politycznie). Na sam koniec powłóczyliśmy się po kiermaszu lokalnego rękodzieła, usiłując nabyć jakoweś pamiątki dla rodziny i przyjaciół. Gdy dotarliśmy w końcu do hotelu, zaliczyłam zgon i w związku z tym kończę owe rozwlekłe sprawozdanie i śmigam spać.