Relacja z wyjazdu do Argentyny
(lipiec-sierpień 2009)

Argentyna : odsłona pierwsza

Już jesteśmy zdecydowani. Nasz wyjazd zaplanowaliśmy na 10 lipca .Lecz na chwilę obecną nie mamy jeszcze nic załatwione. Nie mamy też kupionych biletów na samolot. Moja Agatka na razie myśli tylko o licencjacie i już jej to wychodzi bokiem (ha ha ha)
Wykupione bilety. Już jesteśmy prawie w Argentynie, tylko na razie Agatka ma dalej kołomyje z egzaminami i licencjatem. A ja traume przed lotem.

Wczorajszy dzień były bardzo owocny. Zakupilismy ubranka, (bo tam zima )zrobiliśmy przegląd naszych ciuchów tangowych , jeszcze tylko pakowanie , i oczekiwanie na wyjazd.

Zostało 9 godzin do wylotu. Najpierw Londyn (trzeba się przebijać przez całe miasto, żeby się dostać z jednego lotniska na drugie) następnie Madryt i z tego miasta wylot do Buenos. Wszystko zapakowane plecaki oklejone (co by nie zgineły w przepastnych magazynach lotnisk) i jazda. 29 godzin podróży (w tym pobyt na lotniskach) Ja to polubić. Chyba tylko pijąc duże ilości wodyyyy. Jak dolećimy to coś skrobnę . Teraz idę spać.

Wyruszyliśmy. 8 lipca 2009 r. W podróż wyśnioną, wymarzoną odkąd zaczęliśmy wiele lat temu tańczyć argentyńskie tango. Coś co wydawało się nieosiągalne, nagle mamy w zasiegu dłoni. Plecaki spakowane ale przed nami 29 godzin podróży zanim znajdziemy się na Antypodach. I to w dodatku samolotami. Od dwóch tygodni Tomek zamęcza mnie szczegółowym opisem katastrof lotniczych wnioskując, że latanie jest sprzeczne z wolą boską.

Co jak na akatolika jest dość interesującym argumentem. Niemniej jednak bilety zostały nabyte, mieszkanie w Buenos zarezerwowane i nie ma odwrotu. Kombinacja przez Londyn i Madryt mimo, że jak się wydawało tania, wychodzi nam bokiem przy cenach transportu między londyńskimi lotniskami. Obiecujemy sobie więcej tego błędu nie popełniać.

Na Gatwick spotykamy Polaków, którzy mają podobne obiekcje jak i my. I też lecą do Argentyny. Wspólna podróż zacieśnia znajomość. Mimo apokaliptycznych wizji Tomek przeżył lot do Buenos i nawet mu sie podobało. Zwłaszcza gdy o świcie słonce rozświetliło chmury. Było zjawiskowo. Nawet nie wymęczyła nas ta podróż a poza tym świadomość znalezienia sie w boskim Buenos dodała nam nowych sił.

Uruchamiając mózg, język i ręce dowiedzieliśmy sie jak wydostać sie z lotniska publiczną komunikacja i po trzech godzinach byliśmy juz na dworcu autobusowym. A potem spędziliśmy cztery upojne godziny w autobusie do Rosario marznąc nieprzeciętnie bo chociaż jest zima to kierowca uznał ze walenie klimą w pasażerów to jego absolutny priorytet. A żebyśmy rozgrzali sie nieco puścił nam Bonda po hiszpańsku. Rewelacja. W Rosario kolejny autobus i kiwanie sie juz bez arktycznych podmuchów klimatyzacji do naszej docelowej miejscowości - San Lorenso. Dokiwaliśmy się - a jakże. Nawet za bardzo. Bo rozwydrzeni dotychczasowymi doświadczeniami obecności porządnych dworców autobusowych w Buenos i Rosario (tu kłania sie statystyka - dwie miejscowości to gówniana próbka do wyciągania daleko idących wniosków, oraz filozofia - wnioskowanie indukcyjne bywa zawodne) przejechaliśmy naszą miejscowość takowym przybytkiem nie dysponującą. Okazuje sie że w mniejszych miejscowościach po prostu stoi się przy drodze w tajemniczych, znanych tylko tubylcom przerwach miedzy zaparkowanymi autami i łapie się autobus na stopa. Kłania sie pierwsza scena filmu HAIR. Przejechaliśmy wiec San Lorenso, kierowca wysadził nas w szczerym polu i trzeba było poginać z półtora kilometra do przystanku lokalnej komunikacji. Wyjątkowo obecna wiata i jeden autochton wlały otuche w nasze skołatane głowy że przynajmniej trafiliśmy właściwie. Istotnie - czekaliśmy jak to sie w bajkach mawia “mało wiele” i w końcu autobus dotransportował nas z powrotem do cywilizacji.

Znalezienie noclegu nie okazało sie trudne gdy sięgnęliśmy do wspólnego zasobu hiszpańskich słówek. Ale co to był za nocleg! Malutki pokoik o podwyższonym standardzie obskurności z żaluzjami w oknach - te żaluzje stanowiły bliski zamiennik nie istniejącej szyby. Na dworze przypominam zima - temperatura w nocy ok. 2 stopni. W pokoju podobnie. Dobrze że na wyposażenie oprócz prześcieradła jakaś zapobiegliwa istota dorzuciła jeszcze trzy koce. Noc przebiegła w klimacie “dygu dygu”. W sprincie miedzy prysznicem a łóżkiem osiągnęłam prędkość światła.

Tak gościnne progi opuściliśmy pospiesznie rano udając sie do klasztoru franciszkanów, który okazał sie może nie imponujący ale zanurzony w miejscowym klimacie zamierzchłego kolonializmu i XIX-wiecznych walk o niepodległość Argentyny. Ciekawa kombinacja. Potem czekała nas atrakcja w postaci upolowania autobusu do Santa Fe, który to raczył po dwóch godzinach pojawić się na horyzoncie i zabrać nas do kolejnego przystanku na trasie naszej podroży.

Santa Fe okazała sie całkiem sporym miastem, stolica prowincji, co skutkowało przede wszystkim przemieszaniem architektury. Obok pozostałości budownictwa kolonialnego, czasami zaskakującego doskonałym stanem zachowania a czasami budzącego skojarzenia z trupem w stanie zaawansowanego rozkładu, pojawia sie na zasadzie chaotycznej kombinacji secesja, zdziczały modernizm i cos na co chyba jeszcze żaden podręcznik architektury nie znalazł określenia aczkolwiek socreal w wydaniu dla ubogich okazałby sie szczytem myśli estetycznej. Uroku przydają ulicom przede wszystkim niewielkich gabarytów budynki kolonialne, niosące posmak wielkości i upadku, zwietrzałej świetności pokrytej gruba warstwa patyny. Przypominają twarz przejrzałej seniory, którą czas okradł z urody ale która nadal stara sie trzymać fason przy pomocy pudru i zalotki, swoja zwiędłą twarz rzucając niczym wyznanie młodym siksom, nieświadomym jeszcze haraczu jaki ściągają ze wszystkiego mijające lata.

Samo miasto ma do zaproponowania trzy kościoły z czego katedra mogłaby nie istnieć bez szkody dla historii sztuki. Interesujący jest natomiast kościół jezuitów, w planie stanowiący dalekie echo Il Gesu i Nuestra Seniora dela Carmina. Wieje prowincjonalizmem ale w wystroju widać jeszcze dawne ambicje i pobożność fundatorów. W pierwszym zachowały sie resztki polichromii zdobiące sklepienie prezbiterium i ślepą kopułę nad skrzyżowaniem naw.

W drugim wrażenie robi przede wszystkim imponujący ołtarz główny. Oprócz tych kościołów standardowo można jeszcze zwiedzać klasztor franciszkanów i muzea ale panująca tu fobia przed świńską grypa spowodowała zamkniecie na czas nieokreślony owych instytucji. Z tego tez powodu dziś pocałowaliśmy przysłowiową klamką muzeum archeologicznego w Cayasta, gdzie znajdują się ruiny starego miasta Santa Fe. Pierwotnie osada zlokalizowana była 80 km na północ od dzisiejszej metropolii. Ataki Indian i mnożące sie choroby tropikalne zmusiły osadników do zmiany miejsca a pozostałości ich pierwszej Santa Fe na kilka wieków pochłonęła dżungla. Odkryte w XX w. stały sie lokalna atrakcja turystyczna.

Niestety cholerna grypa uniemożliwiła nam ich zwiedzenie bo ruiny stały sie ogrodzonym muzeum, państwo położyło łapę na historii i wejścia nie było. Musieliśmy wrócić do miasta i zadowolić sie rejsem po Paranie, zresztą dość przyjemnym. Argentyńska wersja “stateczkiem po Odrze”. Tylko widoki inne. Okoliczne wyspy i rozlewiska zamieszkują ludzie którzy na skutek kryzysu znaleźli się nagle poza nawiasem społeczeństwa i aby przeżyć wrócili do klimatów pierwszych kolonizatorów. Sklecone byle jak baraki, trzymające pion chyba tylko na zasadzie pobożnego życzenia, wynędzniale krowy, konie, jakieś łódki wyciągnięte na brzeg przypominające nieco dłubankę Robinsona Cruzoe… A w tym wszystkim żyjący jakoś ludzie, merdające ogonami psy, roześmiane dzieciaki, gauczo galopujący na koniu za zwiewająca ,w stronę przebiegającej w pobliżu drogi, krową.

Nie zazdroszczę im tego życia. Ale przez chwile miałam wątpliwość czy aby ja, skleszczona schematem uspołecznionego bytowania, na pewno mam lepiej. Czy w polowaniu na iluzje jaką daje posiadanie nie gubię gdzieś tego co autentyczne… Pytanie bez odpowiedzi… Z pewnością jednak wygoda i bezpieczeństwo padają na mózg - bo jak sie okazało w trakcie rejsu - tylko ja mogę być taką idiotką by kupić kamerę a potem wybierając się w podróż zostawić baterię do kamery w domu!!! Bez komentarza! W Santa Fe spędziliśmy w sumie półtora dnia. Teraz zapadł juz zmierzch, zbliża sie ósma wieczorem. Za pięć godzin mamy autobus do Goya - przyjedziemy tam o barbarzyńskiej porze bo o 6 rano ale za mało mamy czasu a za dużo chcemy jeszcze zobaczyć by tracić noc na spanie w hostelu (chociaż standard był kuszący) a potem pół dnia na podróż autobusem. Tyle jeśli idzie o nasze dotychczasowe przygody.

12 – 13.07.2009

Goya mieliśmy zdobyć szturmem o 6.30. Tylko, że nasz rączy rumak w postaci autobusu firmy o znamiennej nazwie Rapido San Jose okazał się być powolnym mułem. Kierowca zgubił drogę i świt zastał nas na opustoszałych bezdrożach argentyńskiej pampy gdzie jedynymi znakami cywilizacji były odległe hacjendy i pasące się krowy. Przygoda super, zwłaszcza jak autobus popylał piaszczystą nieutwardzoną drogą z lekko zdezorientowanymi pasażerami w środku i lekko zażenowaną obsługą pojazdu, która w ramach rekompensaty zaczęła rozdawać ciasteczka. Dość symbolicznymi wydały się dostrzeżone na poboczu trasy kości, które budziły skojarzenia z losem pasażerów poprzednich kursów. No ale w końcu dotarliśmy do Goya, aczkolwiek z czterogodzinnym opóźnieniem. Które to opóźnienie kazało nam zrewidować plany odnośnie zwiedzenia interesującej podobno Capila Diablo (w wolnym tłumaczeniu – diabelska kaplica, nazwana tak ze względu na oryginalną dekorację). Niestety kaplica ta znajduje się osiem kilometrów od miasteczka a my mieliśmy tylko trochę ponad godzinę do następnego autobusu. Obejrzeliśmy więc sobie w wolnym czasie jedynie miejscowy kościół, będący interesującym połączeniem późnego baroku, klasycyzmu i jakiś tendencji neogotycyzujących. Reszcie dnia właściwie nie warto poświęcać miejsca gdyż spędziliśmy go przesiadając się pomiędzy kolejnymi autobusami by w końcu o dziewiątej wieczorem wylądować w San Ignazio. Bez trudu odnaleźliśmy hostel, którego cena nie zwalała z nóg a który stanowił niewielki budyneczek położony w ogrodzie, obok domu właściciela posesji. Niestety warunki były adekwatne do ceny. W oknie pokoju nie było tym razem żaluzji. Szyb jednak też nie. Pomysłowy właściciel doszedł zapewne do wniosku, że drewniane okiennice w zupełności wystarczą. Zaczynam żywić głębokie przekonanie, że „zimny chów” to pomysł rodem z Argentyny. Biorąc pod uwagę, ze w nocy temperatura spada w okolice zera, w autokarach traktują pasażerów na Maksa ustawioną Klimą a w domach ludek nie znający śniegu beztrosko rezygnuje z szyb i ogrzewania to marznę na potęgę i pierwszym zakupem jakiego dokonałam były rękawiczki. Śmiech pusty mnie ogarnia, jak sobie przypomnę, że gdy przed wyjazdem we Wrocławiu jeszcze, kupowałam dżinsy to tłumaczyłam uparcie pani sprzedawczyni, że nie chcę takich z grubego materiału bo jadę prawie w subtropiki i nie zamierzam się w nich gotować. Chyba nie uważałam zbytnio na lekcjach geografii skoro dżungla kojarzyła mi się z upałami. Tu nie ma upałów. Co najwyżej w południe, w pełnym słońcu panuje przyjemne ciepełko. Przez cztery godziny, nie dłużej. Ale na drzewach pomarańcze rosną jak oszalałe! Dlaczego u nas cholera nie rosną?! Gałczyński by powiedział, że to przez warunki geopolityczne J

Brak szyby w oknie to był pikuś jednak w porównaniu z łazienką. Jakoś tak idiotycznie marzył mi się gorący prysznic. Prysznic był. Z prysznica, przez nie dające się odkręcić sitko, ciurkały niczym letnia mżawka drobniutkie kropelki wody. Ciepłe skąd inąd przy samym ustrojstwie, gdy docierały do ciała stojącego pod prysznicem delikwenta osiągały już temperaturę otoczenia. Szczękając zębami dokonałam ablucji zastanawiając się czym sobie zasłużyłam na taką kosmiczną drwinę z moich ciągot do ciepła. Na szczęście na wyposażeniu domku był czajnik i kuchenka gazowa. Zainteresowanych informuję, że jestem w stanie umyć włosy litrem gorącej wody. Tomek też. Gdy w końcu wylądowałam w łóżku, ubrana w dres i skarpetki i opatulona trzema kocami i kołdrą zasnęłam jak niemowlę, nie zastanawiając się nawet czy nie stanę się ofiarą konsumpcji podjętej przez mieszkańców owych koców.

Rano okazało się, że robactwo musiało wyzdychać w takich ekstremalnych warunkach bo obudziłam się niepogryziona, a zaznaczam że należę do tych, których atakuje wszystko co pełza i lata. Naprędce zwlekliśmy swoje szacowne zwłoki z łóżek i pognaliśmy oglądać misje jezuickie. Jezuici w Argentynie pojawili się już w szesnastym wieku i przez dwieście lat, dopóki ich stąd nie wygnano w 1777 roku nawracali rdzennych mieszkańców organizując mnóstwo, rozsianych po całym kraju misji. Dziś są to w większości ruiny a najlepiej z nich zachowane, zlokalizowane właśnie w San Ignazio wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Areał jaki zajmowały istotnie robił wrażenie. Niestety dewastacja, poczyniona przez człowieka i dżunglę zamieniła wspaniałe niegdyś założenie w kupę gruzu. Pozostałe resztki ścian są dziś poddawane restauracji a najciekawszymi ich elementami są szczątki portali. Odwołujące się do europejskich wzorców ale wykonywane przez miejscowych Indian, operujących odrębnym zupełnie zmysłem estetycznym i poczuciem formy, stanowią zupełnie niezwykłą mieszankę elementów włoskiej i hiszpańskiej architektury oraz motywów lokalnych. Niby kompletne zdegenerowanie a jednak mają w sobie te relikty siłę majestatu, którym oddziaływały niegdyś zapewne na tubylców a dziś na turystów. Do drugiej z pozostałych misji podjechać musieliśmy autobusem 16 km.

Żeby ją odnaleźć, zagubioną w dżungli musieliśmy wysłuchać szeregu sprzecznych informacji podawanych przez średnio zorientowanych w posiadanych atrakcjach turystycznych autochtonów. Ale udało się. Tyle że obiekt był w trakcie prac konserwatorskich i niewiele można było obejrzeć. Na dobrą sprawę niewiele do oglądania było. Najciekawszy okazał się leżący obok cmentarz, zlokalizowany na terenie niegdysiejszego cmentarza jezuickiego a używany przez mieszkańców leżącej nieopodal miejscowości Sta Ana aż do lat pięćdziesiątych XX wieku. Najbardziej niesamowite wrażenie robiły mauzolea rodzinne, pootwierane, z leżącymi wewnątrz na specjalnie zaprojektowanych półeczkach trumny.

Szczątki zmarłych zostały zapewne przez rodziny zabrane ale trumny pozostały. Dość diabolicznie to wyglądało. Popstrykałam trochę zdjęć, głównie z myślą o Czarnej gustującej w truposzach i w końcu wróciliśmy do naszej miejscowości. Ponieważ było jeszcze jasno usadowiliśmy się na werandzie naszego domku bo na dworze było cieplej niż w jego ceglanych, przeżartych wilgocią murach. Ja zajęłam się uzupełnianiem relacji a Tomek jako rasowy ogrodnik zajął się penetrowaniem ogrodu. Który dla właściciela nie był zapewne niczym specjalnym ale dla nas, przywykłych do polskich chwastów stanowił nie lada atrakcję.

Bo niby taki tam przydomowy ogródek, ale pełen roślin, których nazw w większości nigdy zapewne nie poznamy. Tomek stwierdził, że musi popstrykać zdjęcia bo nikt mu nie uwierzy, że deptał po spadających z drzew mandarynkach. Jutro wcześnie rano zabieramy graty i pędzimy nad wodospady Iguacu. Ciekawe czy tam będzie cieplej…

14-15.07.2009

Bladym świtem pożegnaliśmy San Ignazio kierując się w stronę Iguazu. Nie obyło się bez porannego elementu zaskoczenia w postaci sześciu namiotów które przybyły przed naszym domkiem w ciągu nocy. Ilość poniewierających się butelek wina na tarasie sugerowały że albo w Argentyńczykach drzemie polska ułańska fantazja albo i ich zmogła nieco arktyczna nocna temperatura. Po kilku godzinach podróży znaleźliśmy się jednak w miejscu gdzie po raz pierwszy chyba mrozy nam nie groziły. Wodospady Iguazu leżące na granicy z Brazylią oferują przybyszom nie tylko piękne widoki ale również upragnione przeze mnie ciepło. Należy odnotować, że po raz pierwszy z dziką rozkoszą paradowałam sobie w krótkim rękawku i nie marzłam. Park Narodowy Iguazu to hektary zagospodarowanej dżungli położonej przy niezwykle widowiskowych wodospadach. Rozlewająca się szeroko rzeka spada z olbrzymiej wysokości dochodzącej do 80 metrów stwarzając jeden z najbardziej imponujących widoków jakie zdarzyło mi się w życiu zobaczyć. Milionom ton wody z impetem spadającej w dół Garganto del Diablo towarzyszą wzbijającej się piany, którą wiatr rozbryzguje na każdą stronę. Kotłujący się żywioł sprawia wrażenie tak absolutnie niesamowite, ze właściwie trudno mi znaleźć pasujące słowa, które oddały by sprawiedliwość temu genialnemu widowisku. Dotarcie do miejsca zwanego Gardzielą Diabła daje okazję do przyjrzenia się z bliska jednemu z wodospadów ale dopiero kolejne, przygotowane dla turystów trasy, umożliwiają ogarniecie wzrokiem ciągnących się aż po horyzont uskoków. Kłębiące się masy wody nigdy chyba nie zginą z mojej pamięci. Spacer po dżungli obfitującej w różne punkty widokowe na Cataractas zabrał nam kilka godzin. Zdecydowanie wyższa niż dotychczas temperatura okazała się błogosławieństwem bo nasze kurtki przeciwdeszczowe zostały wraz z bagażami w przechowalni na dworcu autobusowym. Jak sama nazwa wskazuje kurtki przeciwdeszczowe mają chronić delikwenta przed deszczem a nie wirującymi w powietrzu kroplami rozbryzgującej się wody. Jakoś nie wzięliśmy pod uwagę, że oglądając z bliska wodospad można być zmoczonym do suchej nitki. To zapewne brak wyobraźni ale również pokłosie karkonoskich doświadczeń z wodospadami. Jak się dotychczas oglądało jako wodospady byle siurki w stylu Szklarki czy Kamieńczyka to trudno być przygotowanym na coś takiego. Na szczęście ubrania wyschły na nas w tempie ekspresowym.

Dzień dobroci dla osób trzecich jak się okazało jeszcze się nie skończył bo w nocnym autobusie do Corrientes, którym bujaliśmy się dziewięć godzin kierowca nie włączył Klimy. Może zapomniał ale nie zamierzałam mu na to zwracać uwagi. Aczkolwiek gdy o północy puścił z radia jakieś chrapliwe zgrzyty, których nawet przy najlepszych chęciach nie dałoby się nazwać muzyką to interweniowałam niemal natychmiast. Swoim niedoskonałym hiszpańskim grzecznie zwróciłam uwagę obsłudze autobusu, że jest północ i o tej godzinie normalni ludzie śpią. Brzmiało to pewnie strasznie topornie ale poskutkowało a w nagrodę usłyszałam Gracias od jakiegoś równie wkurzonego jak ja pasażera. Ach wy Argentyńscy machos! Żeby to słaba kobieta z innego kontynentu, mową wasza niemal nie władająca, musiała walczyć o wasze prawa!!! Patrząc na to z innej strony – baba łazi i się awanturuje a pan i władca siedzi i czeka na efekty. Nie wysila się bo jeszcze się spoci

Do Corrientes dotarliśmy jeszcze wśród panujących egipskich ciemności. Dystans od Iguazu natychmiast wyczuliśmy bo pierwszą rzeczą po jaką sięgnęłam wychodząc z autobusu były rękawiczki. Zostawiliśmy znów bagaże na dworcu i ruszyliśmy do leżącej w odległości 60 km. miejscowości Itati, opisywanej w przewodniku jako miejsce szczególnego kultu Matki Boskiej, ku której czci ufundowano kościół o kopule konkurującej z tą Michała Anioła w Bazylice Watykańskiej. Przybyliśmy na miejsce odpowiednio wcześnie by nie pochłonął nas tłum kłębiących się turystów, pielgrzymów i tych co usiłują wcisnąć, wszelkim ofiarom nagłego zaniku zmysłu estetycznego, różnego rodzaju dewocyjny chłam jaki tylko zdołali wyprodukować. Obrazki, figurki, breloczki, bidony na święconą wodę – szmelc jak wszędzie. I jak wszędzie są tacy dla których te badziewia stanowią swoistą wartość. Widzieliśmy już, jadąc dwa dni wcześniej do San Ignazio. kobietę, która wsiadła do autobusu tuż przy Itati taszcząc ze sobą półmetrową figurkę Matki Boskiej. Troskliwie owiniętej w kocyk. Pani z ukontentowaniem spoglądała na swój nabytek, co jakiś czas poprawiając kocyk i głaszcząc gipsowe obrzydlistwo po wypacykowanej nachalnie jaskrawymi farbami buźce. Mała dziewczynka z ukochaną lalką – pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło. A potem pomyślałam, ze nie mam prawa zasadniczo komentować czegoś, czego być może wychowana w bardzo już zeświecczonym europejskim klimacie nie rozumiem. Prostej, naiwnej pobożności wymykającej się zracjonalizowanemu oglądowi świata. Niesamowity jest klimat tego nieustającego festynu handlu i pobożności jaki się wokół owej osławionej bazyliki kręci. Z głównego placu podziwiać można stary kościół, zbudowany na przełomie XIX i XX w. , dziś przerobiony na halę z dewocjonaliami oraz wystawiony w 1965 r. obok niego nowy, znacznie bardziej wypasiony. Na standardy europejskie nie jest on jakiś wybitnie wielki ale tutaj istotnie musi swoimi wymiarami robić wrażenie, szczególnie że jego kopuła widoczna jest już z bardzo daleka. Sama budowla to centralizująca bryła, będąca efektem przenikania się dwóch planów – oktogonu i krzyża greckiego. Ramię mieszczące prezbiterium wyposażono dodatkowo w obejście umożliwiające pielgrzymom dotarcie do figury Nuestra Seniora de Itati bez przeszkadzania w nabożeństwie. Nie powiem aby zachwycał. Muszę przyznać, że znacznie większe wrażenie od samej budowli i figury robi tłum wiernych, którzy przybywają tu z odległych stron i koczują w prymitywnych warunkach, głównie pod namiotami, z całymi rodzinami w oczekiwaniu na doznanie łaski obcowania ze świętością. Nędza i wiara, a na tym wszystkim zbudowany cały przemysł, organizujący tamtejsze życie. Grille, ubrania, zabawki, loterie a z drugiej strony nieustające nabożeństwo pod gołym niebem z puszczanymi przez głośniki pieśniami religijnymi, recytowanymi litaniami, deklamowanymi modlitwami. I atakujące zewsząd gipsowe kopie Madonny do których wg życzenia dokupić sobie można komplet świętych szatek, jakby ktoś chciał mieć „full serwis”. Po godzinie uznałam , że moja odporność na kicz się skończyła i zaraz rzygnę więc wynieśliśmy się stamtąd pierwszym autobusem. Muszę przyznać, że z punktu socjologicznego było to niezwykłe doświadczenie. A przecież nie wybraliśmy się w tą podróż jedynie po to by paść oczy wspaniałymi zabytkami ale również by poznać nieco mieszkających tu ludzi i te, tak odmienne momentami od naszych, realia. Tuż po dwunastej byliśmy z powrotem w Corrientes, które szybko uznaliśmy za najmniej gościnne miasto. Wszystko co ciekawe zostało bowiem zamknięte. Tym razem nie z powodu świńskiej grypy – chyba za daleko od spanikowanego Buenos Aires. Po prostu siesta. Od 12 do 16. Biorąc pod uwagę, że o 18 mamy autobus do Salty to nie uda nam się zobaczyć kompletnie nic poza pustymi ulicami. Kościoły są zamknięte chyba w ogóle, poza krótkimi przerwami, rano i wieczorem na czas mszy. Wrrr! Zasiedliśmy wiec w kafejce internetowej – ja żeby zrelacjonować nasze dotychczasowe przeżycia, Tomek by poodpowiadać znajomym na maile. Trochę luzu też się przyda bo przed nami kolejna noc w autobusie i dystans ok. 800 km do pokonania. Opuszczamy północny-wschód i przenosimy się w stronę północnego-zachodu. Powtórzę po raz kolejny tak istotne dla mnie pytanie – czy tam może będzie ciepło?