Relacja z podróży do Argentyny

28.02.2011 Twarze Buenos

 

Niedziela niemal już się skończyła. Włóczyliśmy się po Defensa, wśród kramów i ulicznych artystów, tańczyliśmy na dwóch kursach wszelakie gancha, bolea, soltady, pasady i barridy, przepuściliśmy znów jakieś nieprawdopodobne sumy na prezenty. Bawiliśmy się przednio wybierając drobiazgi dla bliskich, oglądając tańczące na ulicy tangowe pary, młodzieńców wyczyniających takie cuda z piłką ze sam Maradona powinien bić im pokłony, mimów bawiących tłum swoimi żarcikami i słuchając muzyków przesycających uliczne powietrze zarówno rytmami folku jak i muzyki klasycznej. Kolejny dzień przemierzania zaułków tego miasta przynosi wielorakie refleksje. Jedna zasadnicza, powtarzana jak mantra – tego miasta nie da się łatwo zaszufladkować.

Jako historyk sztuki powinnam wyć z rozpaczy. Poza ambitnymi planami urbanistycznymi sięgającymi po koncepcje przebudowy Paryża z XIX w. ciężko o jakąś jednolitą organizacje przestrzeni. Obok siebie, chaotycznie niczym w iryjskich ornamentach, przeplatają się budynki we wszelkich możliwych stylach, które przewinęły się w sztuce od XVII w. Zasadniczo króluje pamiętająca barok architektura kolonialna, XIX-wieczne historyzmy i ambitne modernistyczne realizacje XX w. Szał ciał. A jednak ta przebrzmiała już pogoń za chwałą i prestiżem chwyta, wbrew wszelkiej logice, za serce. Przynajmniej nas. Jak niedawno pisałam w mailu do pewnej niezwykłej osoby, trudno w Buenos dostrzec miasto latynoskie, wyrosłe z pychy i chciwości konkwisty oraz krwi tubylczych Indian. Jest niezwykle kosmopolityczne, o ambicjach europejskiej metropolii. Czasami wręcz trudno sobie uświadomić, że jest się w Ameryce Południowej. Zwłaszcza gdy Indianie w strojach kojarzących się raczej z filmem „Winnetou i Apanaczi” grają na ludowych instrumentach motyw przewodni z „Tytanica”. Ale to tylko jedna z twarzy Buenos. Nieustający festyn barw, dźwięków i zapachów.

Jednak nie dla każdego. Ten świat spontanicznej zabawy wydaje się być zarezerwowany tylko dla tych, których na to stać. Bo niby radość życia to stan umysłu ale czasem wykrzesanie z siebie iskry optymizmu graniczy z prawdziwym heroizmem. Bo niełatwo znaleźć ją w sobie gdy śpi się zawiniętym w stare szmaty wprost na chodniku a zabezpieczenie podstawowych potrzeb życiowych jest nierealnym w osiągnięciu luksusem. Te same ulice, które w dzień tętnią gwarem, muzyką i śmiechem nocą stają się wysypiskiem śmieci, przekopywanym przez bezdomnych, którzy usiłują w nim znaleźć jakiekolwiek resztki jedzenia. Gdy zasypia Buenos dewizowych turystów budzi się świat biedoty i beznadziei. Braku domów, pracy, szans na godziwe życie. Być może prawdziwe getto w jakim zamknięto wielu Argentyńczyków to ich własne umysły, które nie potrafią poradzić sobie z tym, że znany im świat rozpadł się w ich dłoniach a jego okruchy nie dają się z powrotem poskładać w sensowną całość. Pani prezydent skanduje w telewizji głośne przemówienia o tym, że jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. Komu? Tego chyba już nie artykułuje. W rozmowach z Rominą wypływają co chwilę kwestie dramatycznej sytuacji finansowej, inflacji sięgającej 35 %, braku szans na własne mieszkanie, choćby najmniejsze, bez zabójczego kredytu, nieustannie zwyżkujących cen w sklepach, pensji, które nie starczają na podstawowe wydatki.

Mogłabym powiedzieć – „skądś to znam”. Ale nie byłaby to prawda. Na taką skalę nigdy nie widziałam takiej biedy i takiej niemocy. Nawet w najbardziej zapyziałej polskiej dziurze jest więcej szans na odbicie się od dna. I chyba dlatego tak wstrząsającym jest, gdy wśród tych stęchłych i śmierdzących odpadków nagle rozlega się ludzki śmiech. Hemingway pisał kiedyś „Człowieka można zniszczyć ale nie pokonać. Bo człowiek nie jest stworzony do klęski”. Patrząc na Buenos odnoszę wrażenie, że nie minął się zbytnio z prawdą… Dlatego może tak kocham to miasto. Bo przypomina mi człowieka, który runął na kolana ale potrząsa wciąż niepokornie ramionami i jeśli nawet żebrze to po to tylko, by przetrwać. Żeby przeżyć i w końcu znaleźć w sobie dość sił by ponownie wstać i od nowa walczyć. Dla wielu Buenos jest spełnionym życzeniem. Karnawałem tanga i nieustającego lata. Dla nas gdy wracamy przed świtem wyludnionymi ulicami wśród powitań bezdomnych jest również uśpionym marzeniem. Marzeniem, które czeka na przebudzenie. Chciałabym kiedyś stać się tego świadkiem…

Dalszy ciąg wyprawy

blog comments powered by Disqus