Relacja z podróży do Argentyny

26.02.2011 Refleksje nieposkładane

 

Kolejny tydzień dobiega końca. Przemknął nam nie wiedzieć kiedy. Zatonął w powodzi tanecznych figur, spacerów gwarnymi bulwarami, zalanymi letnim słońcem i wyludnionymi nocnymi zaułkami, długich pozajęciowych rozmów z Rominą… Właściwie z punktu widzenia przeciętnego turysty nasze życie wpadło w koleiny specyficznej rutyny. Pobudka bynajmniej nie bladym świtem (dokładną godzinę wyznaczają panowie robole, którzy pod naszymi oknami co rano piłują jakieś rury – na nasze szczęście należą chyba do opieszałych i nie zaczynają pracy gdy tylko ranne wstają zorze), potem leniwe śniadanie i wyjście na zajęcia. Zwykle lekcje zaczynają się koło 11 i z przerwami trwają do wieczora. Obiad jedzony w magicznym międzyczasie składa się zwykle z owoców i ciastek. Niekiedy decydujemy się na „hedonkę” i idziemy na tartę ze szpinakiem albo cukinia – palce lizać! Ale należy to do rzadkości bo życie w Buenos stało się koszmarnie drogie a my wolimy wydać kasę na zajęcia czy milongi niż obiad w restauracji.

Z obiadów przygotowywanych w domu szybko się wycofaliśmy bo po pierwsze zwykle w porze obiadowej nie ma nas w chałupie a po drugie kto jak kto, ale akurat ja słynę z tego, że jak lata temu autorytatywnie stwierdził mój młodszy brat, „potrafię schrzanić nawet zupę z torebki”. Czasami jednak nachodzi mnie ochota by wyrazić swą osobowość na gruncie sztuki kulinarnej. O drżyjcie narody! Na szczęście takie chwile niepoczytalności umysłowej trafiają się sporadycznie i najważniejsze to siąść i przeczekać tą nagła, niepohamowaną chęć zadośćuczynienia obiegowym stereotypom widzącym w kobiecie rezolutną i pomysłową kucharerczkę gotową z byle czego stworzyć trzydaniowy obiad. Niekiedy jednak zapominam się i postanawiam, mimo alarmującego mnie instynktu samozachowawczego, coś ugotować. Takoż i teraz uczyniłam. Zachęcona nieposkromioną ilością dostępnych tu warzyw postanowiłam ugotować leczo. Teorię znałam. Kupić, umyć, obrać, pokroić, poddusić, doprawić. Na wypadek niezbyt zadowalającego efektu końcowego należy podawać potrawę będąc całą w pląsach i najlepiej też w kusej sukienusi, co by odwrócić męską uwagę od kucharskiego knota. Zasadniczo przez lata kucharskich porażek do perfekcji wypracowałam sobie owe metody stanowiące ostatnią deskę ratunku. No cóż – tego leczo jednak nie uratowałoby nawet najbardziej skąpe bikini. Bakłażan rozgotował się na gajdę, papryka pozostała twarda, a koncentrat pomidorowy z pomidorami miał wspólny tylko kolor. Tajemnicze przyprawy, które rzekomo miały być pieprzem, chili i oregano, nadały całości przejmujący bukiet smakowy. Po dwóch łyżkach Tomek z nietęgą miną stwierdził, że leczo trochę jakby wali ziemią. Może zastanawiał się czy mu tym obiadem nie kopię jakiegoś grobu… Okazał się jednak prawdziwym bohaterem bo zjadł wszystko. Fakt – zajęło mu to trzy kolejne dni a posiłek suto był zagryzany bagietką ale zmógł cały garnek tego paskudztwa. Przy ostatnim razie stwierdził nawet, że być może potrawa potrzebowała czasu by się przegryźć bo stała się w końcu całkiem znośna. Ja tam raczej sądzę, że potrawa potrzebowała przede wszystkim czasu by wymordować co czulsze kubki smakowe mojego Słoneczka. Po za tym przyzwyczajenie jest drugą natura człowieka. Jak widać przyzwyczaić się można również do najwyższej jakości świństwa. Tak więc leczo w końcu zniknęło lodówki a my odtąd zamiast próbować udawać, że potrafimy gotować obiady, pochłaniamy byle co i zamiast po kuchni to śmigamy po kolejnych parkietach. W końcu nie przyjechałam do Buenos aby się realizować jako kuchta. Wiem kiedy jakaś kwestia należy do spraw z góry przegranych!

Tak czy inaczej przede wszystkim tańczymy. Właściwie głównie tańczymy. Nie pamiętam już co to znaczy żyć bez permanentnego bólu stóp. Ciekawa jestem jak radzą sobie z tym zawodowe tancerki. Tańczę zarówno na jawie jak i we śnie. Sny składają się z dziwnej plątaniny figur, ludzi i dźwięków muzyki. I nawet w nich czuję jak bolą mnie stopy. Błogosławię baletki bo nie wyobrażam s9obie tylu godzin przetańczonych na wysokim obcasie. Na zajęciach bywa różnie, są takie które dają nam ostry wycisk i takie, podczas których możemy odpocząć. Najtrudniejszą rzeczą jest nie wychodzić z roli ucznia. Jest to diabelnie trudne gdy zamieniona w parze tańczę nagle z jakąś początkującą osobą, która ewidentnie popełnia podstawowe błędy w prowadzeniu. I jak tu komuś nie zwrócić uwagi, żeby mu ułatwić życie i dać poczucie, że jest w stanie opanować daną figurę. Nie chcę się wcinać nikomu w prowadzenie zajęć zwłaszcza, że tutejsi nauczyciele to w większości profesjonaliści ale opanowanie chęci pomocy jest niekiedy najkoszmarniejszym wyzwaniem przed jakim staję podczas lekcji. Nauczycielskie zboczenie zawodowe! Z tego też powodu bardzo cenie sobie indywidualne zajęcia z Rominą, podczas których jesteśmy tylko my i ona i nikt nie odciąga mojej uwagi od tego nad czym sami musimy pracować. A jest tego trochę bo Romina chciałaby z nas w trzy tygodnie zrobić profesjonalistów. Na nic się zdają moje uwagi, że w tej kwestii porywa się z motyką na słońce. Ona po prostu wierzy niezachwianie w Tomka i jego możliwości. Ten natomiast wpada w stany od euforii po gruntowny kryzys. Od stanu pt. „naprawdę jestem w czymś wreszcie świetny?” po „ona tylko tak mówi bo jest miła”. Mimo nieznajomości języka generalnie świetnie się dogadują. Zresztą, umówmy się, do wsadzania kogoś na piedestał znajomość języka nie jest niezbędna. Czasami zastanawiam się do czego ja właściwie jestem im podczas tych zajęć potrzebna. Bo chyba nie do tłumaczenia zawiłości emocjonalnych w stwierdzeniach „I love teaching you, Tomek!”?!

Całe szczęście, że uczą nas również inni, bardziej skłonni do podbechtywania mojej próżności. Tomek się śmieje, że każdy ma swoje przeznaczenie a moim ewidentnie są Turcy. Jedyni mężczyźni jak kraj długi i szeroki, wyrażający zachwyt dla mojej wybitnie nie powalającej wszak urody to byli Turcy, gdy prawie dziesięć lat temu odwiedziliśmy Kapadocję. Ponieważ trudno było wówczas podejrzewać, że wszyscy zbiorowo cierpieli na jakieś przewlekłe zaburzenia optyczno – psychiczne, uznałam, że jak nastąpił zapewne jakiś defekt genetyczny w całej tamtejszej męskiej populacji, atakujący jaką molekułę odpowiedzialną za poziom wzruszeń estetycznych. Nie narzekałam jednak, bo dzięki temu prawdą stała się światła koncepcja, iż „każda potwora zajdzie swego amatora”. Przypomniało mi się to teraz po latach, gdyż najmilsze słowa uznania usłyszałam z ust nauczyciela noszącego ksywę „El Turco”. Jak widać jestem niejako skazana na tą nację! Pojęcia nie mam czy jakakolwiek turecka krew w owym facecie płynie ale nie wykluczam tego gdyż w przeciwieństwie do większości Argentyńczyków nie należy on do niskopiennych. Z tego też powodu taniec z nim wg mnie należy do czystej przyjemności. No bo jak zachować powagę i skupienie na twarzy gdy gościu o półtorej głowy niższy zaczyna nagle w bliskim trzymaniu kręcić tam i z powrotem pivoty? Na myśl zaraz przychodzi mi opowieść Marcina, znajomego z wrocławskiego towarzystwa tangowego, który wspominał kiedyś swoje dzieciństwo na jakiejś farmie, gdzie po raz pierwszy widział prokreujące się króliki. Jak opowiadał był to ekspresowe „trrrrr” i kolejna króliczka obsłużona. I tylko uszka im latały. Tak wiec w objęciach jakiegoś wiercącego się kunuska przypomniałam sobie tą opowieść i omal nie udusiłam się ze śmiechu usiłując nie parsknąć mu w twarz. Szczególnie, że był to mój nauczyciel. Byłoby super gdyby nie ta figura – jak widać warto jednak czasami dostosować ruch w tańcu do wzrostu partnerki. I do jej wyobraźni!

Milongi obfitują też i w inne doświadczenia. Na tym polu laur zwycięstwa przypada jednak Tomkowi. Po pierwsze potyczki ze słynnym „Cabeco”. Raz na jakiś czas Tomek porzuca swoją naturę dżentelmena co to przez pół sali lotem koszącym do stópek jaśnie pani jakowejś tangowej padnie by o jeden taniec prosić. Ale efekty bywają różne. Ostatnio w La Independencia postanowił wyhaczyć siedząca po drugiej sali panią, z która razem chodzimy na zajęcia z milongi con tras pie.Widziałam mimikę jego twarzy a następnie to jak się podrywa i sunie na parkiet. Ale gdy spojrzałam w stronę kobitki ze zdumieniem stwierdziłam, że nadal zajmuje pozycje niemal horyzontalną pt. „tyłek przyrósł mi do krzesła”. Jak się kazało nie bez powodu – Cabeco w ciemnej Sali zadziałało tak, że na grymasy Tomka zareagowała nie ta kobitka co trzeba. Marszczył się do jednej a na parkiet poleciała do niego inna. Cóż było robić… Z miną w stylu „czekałem na Cieie tyle lat” przyjął pozycję do tańca i popłynął po parkiecie. No powiedzmy, że popłynął. Słowo „potoczył się” może byłoby bardziej adekwatne bo kobitka zaliczała dopiero początki swojej aktywności tangowej i sunęła jeszcze po parkiecie z wdziękiem walca drogowego. Ale dali radę. No a potem Tomek po kawaleryjsku już osaczył panią numer dwa i ją tez wyrwał na parkiet. Powiedzmy, ze tu było na co popatrzeć bo już na zajęciach pani pokazywała wyższą szkołę jazdy. Ja tymczasem byłam obskakiwana przez dwóch Belgów, jednego farbowanego bo rzekomo był Szwedem mieszkającym w Brukseli. Pojawili się na milondze w towarzystwie jakiejś młodej dziewczyny i obtańcowywali ją skocznie, raz na jakiś czas zmieniając ją na mnie. Zasugerowałam Tomkowi, że może byłoby grzecznie odwdzięczyć się niejako czyli że powinien też pójść w pląsy z oną dzieweczką na zasadzie wymiany towarzyskiej „jak Ty mi tak ja Tobie”. Szczególnie, ze panna nie miał jakiegoś wielkiego powodzenia. Ale Tomek mitygował się strasznie że on dla niej za stary a poza tym brak znajomości języka czyni pauzy między utworami przerażającymi bo cholera wie co ze sobą robić skoro nie da się rozmawiać. Stanie jak pajac w towarzystwie młodej i ładnej panienki najwyraźniej mojemu mężowi nie odpowiadało. Tak się zbierał na odwagę, ze w końcu panna poszła do domu z jednym z Belgów. Drugi przysiadł się do nas by trochę pogadać. Poczułam się w obowiązku usprawiedliwić zaniedbanie mojego Słońca, które zlekceważyło ich znajomą pomimo całej atencji okazywanej mi przez obu panów. Tłumaczę wiec, że możność chęciom nie dostała w tym wypadku bo pragnął ale ma problem z tymi cholernymi językami i krępującą ciszą pomiędzy tangami. Na co usłyszałam „O, to wielka szkoda, że z tego powodu zabrakło mu odwagi. Bo nasza koleżanka akurat jest Polką, bez problemu nawiązałby z nią kontakt”. Tomek, jakby rzec, z lekka się zapluł ze złości, jak mu wytłumaczyłam dlaczego zakwiczałam ze śmiechu. Trudno, jak widać w tangu techniki zachowawczo – unikowe raczej nie przynoszą pożytku. Ale za to stwarzają wiele ciekawych sytuacji 
 

Dalszy ciąg wyprawy

blog comments powered by Disqus