Relacja z podróży do Argentyny

20.02.2011 Lustereczko powiedz przecie...

20.02.2011

No i po weekendzie. A był intensywny wybitnie. Zapisaliśmy się bowiem na jakieś intensywne warsztaty z colgad po trzy godziny dziennie. Przerwy w zajęciach zasadniczo nie przewidziano. Co prawda upierdliwi kursanci przerwę wymogli ale nieco post fatum bo pół godziny przed końcem. Zajęcia odbywały się w dobrze już nam znanej Sali bez klimatyzacji. Być może jest to jedyna duża przestrzeń jaką dysponuje szkoła tanga w Galerii Pacifico, a że warsztaty zgromadziły tłumy to nie było innego wyjścia tylko kisić się we własnym smrodku bez szansy na chłodniejsze klimaty. I jak tu nie wierzyć tym co głoszą, że tango każdemu potrafi rozgrzać krew. Na dodatek sobota była deszczowa wiec zrobiło się jak w dżungli – parno i gorąco. Ale za to uczyliśmy się fantastycznych figur a dodatkowym bonusem była świadomość, że w innych rejonach świata jest sporo poniżej zera. Wiec już się nie czepiam braku klimy, nic a nic!


Po wczorajszych zajęciach podreptaliśmy sobie ochoczo na wielką imprezę zorganizowaną przez miasto. Podobno raz do roku pod Obeliskiem odbywają się pokazy najlepszych tancerzy tanga argentyńskiego. Nic tylko patrzeć i piać z zachwytu. Tak nam to zachwaliła Ela. Ponieważ należy ona do osób wiarygodnych, postanowiliśmy przekonać się na własne oczy cóż to za wielkie wydarzenie. No właśnie – powinno było mnie zaniepokoić określenie „wielkie”. Ale wykazałam daleko idącą niefrasobliwość i zlekceważyłam potęgę słów. Albo też nie doceniłam ilości mieszkańców Buenos, którzy mogą poczuć chęć integracji z tangowym dziedzictwem swojego miasta. Tak czy inaczej dotarliśmy pod obelisk i tam po prostu wgniótł nas w ziemie dziki tłum. Nie żebym sądziła, że pokaz będzie odbywał się dla mnie, Tomka, Eli i paru jeszcze innych oszołomów co to nie wiedzą jakie fajne seriale można obejrzeć w TV w sobotni wieczór. Podejrzewałam, że może być tłoczno. Ale ilość potencjalnych widzów nie byłaby chyba mniejsza w dzień Sądu Ostatecznego. Jasna cholera! Postaliśmy pół godziny ale stwierdziłam w końcu, że z moim sokolim wzrokiem widzę tylko migające kropki wiec mam takie imprezy w głębokim poważaniu i wolę kameralne pokazy na milongach. W taki oto sposób dwoje zapalonych tangeros wypięło się na największą rzekomo imprezę tangową w Buenos i powędrowało raźnym kroczkiem w kierunku jedynym słusznym – do chałupy. Tacy już z nas zapaleni miłośnicy imprez masowych.


Do tradycji spędzania niedzieli w Buenos należy zasadniczo włóczenie się po ulicy Defensa na San Telmo. Teoretycznie też impreza masowa ale jednak klimat nieco odmienny od odgórnie sterowanego entuzjazmu tłumów skandujących do występujących na scenie tancerzy. Półtora roku temu specjalnie przyjeżdżaliśmy tu z drugiego niemal końca miasta. Dziś wystarczy ze przejdziemy cztery przecznice i jesteśmy na miejscu. Ta ulica martwa przez cały tydzień, nie różniąca się niczym od dziesiątek innych odżywa w niedzielę gdy przez cała jej długość ciągną się stragany i kramy z różnymi drobiazgami, rzemiosłem, domorosłą sztuką, antykami prawdziwymi i podrabianymi w piwnicy albo na strychu. Do tego dochodzą jeszcze różni ludzie zarabiający ulicznym śpiewaniem, graniem czy tańczeniem. I mnóstwo sprzedawców empanadas i soku ze świeżo wyciskanych pomarańczy. W sumie panuje atmosfera nieustającego festynu ale jego istota zasadza się na spontanicznym udziale albo odmówieniu uczestnictwa. Zasadniczo my bawiliśmy się świetnie gdyż motywem przewodnim dzisiejszego wyjścia było ”przeszastajmy pieniądze na prezenty dla bliskich”. Ponieważ owi bliscy czytają zapewne te moje wypociny to oszczędzę im wymieniania radosnych i absurdalnych czasem koncepcji prezentowych, których ofiarą mogliby ostatecznie paść gdyby nie mój w końcu przez pięć lat ćwiczony gust estetyczny oraz wysoki poziom miłosierdzia względem bliźniego u Tomka.

Spacerowaliśmy więc radośni i niczym nie skrępowani. Dzień był nieco chłodniejszy bo w nocy niebo spadło deszczem na ziemię tak rzęsistym, że obudzona przed świtem zaczęłam się zastanawiać na którym piętrze mieszkamy i czy aby nie powinnam już wstawać i zacząć zbierać drewno na Arkę. Ranek był pochmurny co powitałam zresztą z oddechem ulgi bo nie dopilnowałam wizyty w pralni i do ubrania pozostały mi tylko bluzeczki z długim rękawem. Zdecydowałam się na bluzkę co do której raz na jakiś czas ogarniają mnie wątpliwości natury estetycznej gdyż nieco za mocno zsuwa się z ramion i prezentuje jakby za wiele. Ale ze wszystkich posiadanych czystych rzeczy była najmniej zabudowana a przy wcześniejszych 30 stopniowych upałach nie dowierzałam zbytnio porannym chłodom i nie traktowałam ich jako wiarygodnej próbki reprezentującej cały dzień. Tak więc spacerowaliśmy sobie Defensa, a ja bez zimowych ciuchów i w letnim słońcu z każdym krokiem nabierałam wiatru w żagle. Płynąc przez ulice uświadomiłam sobie nagle z niejakim zdumieniem, że zaczynam kolekcjonować spojrzenia mijanych mężczyzn. No cóż – umówmy się że kobiecie niewiele trzeba by podbudować sobie własną wartość. Poczułam się atrakcyjna co jest zdumiewającym w moim akurat przypadku wydarzeniem. A mijani faceci patrzyli się i patrzyli. No w końcu ma się ten urok dalekiej Polski, nie?!

A potem wróciliśmy do domu. I stanęłam przed lustrem. I coś we mnie zawyło! Urok, kurne, jasne! Psa urok, chyba! Albowiem prezentowałam się niezwykle patriotycznie. Przed wyjściem zapomniałam użyć kremu z filtrem i niestety słońce, które pokazało się w południe opaliło mnie dość znacząco. Ale tylko z jednej strony. Jestem wiec niczym nasza narodowa flaga: biało – czerwona! I tak oto po raz kolejny wyszłam na kretynkę najwyższych lotów – wcale się nie dziwię tym wszystkim facetom, że się na mnie gapili bo stanowiłam tak komiczne zjawisko jak rzadko co. A mi się już niemal wyśniła kariera uwodzicielki! Ha ha ha! Lustereczko powiedz przecie, kto jest największą idiotką na świecie! 

Dalszy ciąg wyprawy

blog comments powered by Disqus