Relacja z podróży do Argentyny

04.03.2011 Pożegnanie

Pożegnania


Za oknem świt. Ostatni raz Buenos budzi się dla nas kocimi dyskusjami, piskiem windy, zapachem pieczywa w pobliskiej panaderii, słońcem powoli wypełniającym pokój. Ostatnie dni odmierzane były słowami pożegnań, z których paciorków mogłabym upleść już całkiem spory sznur korali. Najsmutniejsze było z Rominą, którą może uda się ściągnąć nam do Polski chociaż doprawdy nie wiem czy powinnam kręcić bicz na swój biedny tyłek. Mogłaby się zachwycać trochę mniej Tomkiem a trochę więcej nawciskać mu konstruktywnej krytyki. Nie żebym była zazdrosna ale mi faceta zmanieruje i kto potem będzie takiego prostować? No kto, ja się pytam?! Niestety Tomek trochę złapał angielskiego przez te trzy tygodnie i nie idzie mi teraz za cholerę wcisnąć mu, że tekst Rominy w stylu ”He is really good dancer” znaczy „Musi popracować jeszcze trochę nad prowadzeniem klatą”. Szlag!

Żegnaliśmy się również z innymi nauczycielami, z ulubionymi sprzedawcami wody mineralnej i śliwek, panią w pralni, bezdomnymi, których mijaliśmy wracając nocą z milongi. Żegnaliśmy się z dopiero co poznanymi znajomymi z różnych krańców świata, którzy zjechali do Buenos gnani jak i my miłością do tanga. Z parą Amerykanów, którzy potrafili powiedzieć „Dzień dobry” i byli przekonani, że obowiązkowe menu każdego Polaka składać się musi z kielona wódki zagryzanego korniszonem. Z parą Norwegów, którzy chcieli nas ze sobą porwać do dalekiej Skandynawii, żebyśmy w jakiejś zapadłej wiosce, 300 km a północ od Oslo uczyli ich tanga. Skierowałam ich do Rominy. Niech ją sobie porywają. Ja tam za zimą nie przepadam  I z tymi wszystkimi, których imion nigdy nie poznałam a twarzy niestety z moja pamięcią wyłącznie do trupów zapewne za moment zapomnę, ale którzy pozostaną w mojej pamięci jako przemili współtowarzysze w wycisku jaki fundował El Turco czy w wybuchach śmiechu wywoływanych sugestywną gestykulacją Aurory Lubitz, usiłującej w ponadnarodowym języku migowym uświadomić wszystkim, że w tangu nie trzeba się szarpać a ruch ma być płynny i miękki bo to nie jest żadne karate.

Żegnaliśmy się również z ulubionymi lokalami milong – Confiterią La Ideal, La Independencią, Buenos Aires Club i ludźmi tam spotykanymi. Ba – z niektórymi żegnaliśmy się niemal natychmiast po powitaniach. Dopiero bowiem na przedostatniej milondze w Confiterii pojawił się prawdziwy Gargamel ze swoją panią. Doprawdy – jak mogłam się pomylić. Przyznaję – fizjonomie obu gości były zbliżone ale jednak ten styl tańca jest nie do podrobienia. Sądziłam, że mistrzunio stracił wenę wraz z partnerka ale ewidentnie się pomyliłam. „Master of Diseaster” jest tylko jeden. Nikt nie osiągnął takiego poziomu knocenia tego tańca. A stała wybranka nadal mu towarzyszy, krzywym wzrokiem znad głowy Gargamela wodząc po sali w poszukiwaniu ratunku, natchnienia albo jakowegoś boskiego Logosu. Wraz ze wzmagającą się intensywnością ze strony jej partnera w zakresie ubarwienia tańca szczególnie wymyślnymi figurami jej wzrok staje się coraz to bardziej nieobecny, aż w końcu twarz przekształca się w maskę laleczki Chuckie. Niezapomniane wrażenie! Żegnaliśmy się również z uliczkami Buenos, wszelkimi zakamarkami do których udało się nam dotrzeć.

Gdy myślę teraz o tej naszej podróży odnoszę właściwie wrażenie jakby jej horyzont wykreślił cykl pożegnań i powitań. Żegnaliśmy rodzinę i przyjaciół by powrócić do tego miasta z naszych snów. Teraz mówimy „do widzenia” Buenos by wrócić w ramiona bliskich. Zataczamy koło. Jak mawiał Nietsche – świat jest wiecznym powrotem. A skoro tak, to kiedyś znów nadejdzie dzień, że ponownie staniemy w progach Buenos Aires. Głęboko chcę w to wierzyć.

Dalszy ciąg wyprawy

blog comments powered by Disqus