Relacja z podróży do Argentyny

14.02.2011 - Buenos

14.02.2011

Pierwszy dzień minął pod znakiem szeroko pojętej aklimatyzacji. Mądrzejsi o doświadczenie z poprzedniej wizyty sądziliśmy, że opuszczenie lotniska potrwa kwadrans bo ile trzeba by wybrać pieniądze z bankomatu i pozyskać z nich monety na bilet kupowany w autobusie. Dobrze, że wiedziona zadziwiającą u mnie dozą przezorności umówiłam się z przedstawicielką agencji nieruchomości wynajmującej nam mieszkanie na godzinę 10.00.

 Przypominam że wylądowaliśmy o 5.50.No i oczywiście na spotkanie przybyliśmy spóźnieni. Jakżeby inaczej!!! Okazało się że tym razem do Buenos razem z nami przybył dziki tłum turystów (w końcu tu lato w pełni a nie jakaś ohydna zima jak ostatnim razem a poza tym nie szaleje tu żadna świńska grypa), który to tłum na godzinę zablokował nas w kolejce do odprawy. Potem trzeba było przeprowadzić operacje pod tytułem „utylizacja podręcznego bagażu Tomka”. Bynajmniej nie z powodu smrodu. Okazało się że w jego plecaczku szlag trafił wszystkie możliwe zamki i nadaje się on tylko do roli szyderczo dyndającej na plecach szmaty. Wobec tego rzeczy zostały przepakowane, plecaczek umieszczony w śmietniku a kolejne minuty przeciekły między palcami. Ale jeszcze się nie martwiliśmy upływem czasu. Była siódma więc zapas nadal mieliśmy. Któż mógł przewidzieć, że poszukiwania bankomatu i próba rozmienienia 100 peso zabiorą godzinę? Że autobus przyjedzie tylko po to by kierowca stwierdził że w kursie powrotnym z przyczyn niezidentyfikowanych pasażerów nie zabiera? Gdy już mieliśmy się poddać i iść na taksówkę w końcu podjechał kolejny autobus ale było już dość późno. Tak z kwadrans po ósmej. Tylko że do centrum jedzie się z lotniska dwie godziny z okładem, zahaczając o wszelkie peryferyjne dziury po drodze. W efekcie gdy tylko dotarliśmy w pobliże cywilizacji zurbanizowanej przesiedliśmy się w metro. Metro już na pierwszy rzut oka było niezwykłe. Jechaliśmy takim raz jeden poprzednim razem. Drewniane wagony, lustra, żyrandole. Rewelacja. Jakiś staruszek podszedł do nas widząc nasze rozmarzone spojrzenia i zaczął wyjaśniać że ten tabor ma, bagatelka, 100 lat. Na serduchu zrobiło mi się radośnie i fakt powiększającego się spóźnienia przestał mieć znaczenie. Byliśmy z powrotem w tym mieście z naszych snów. Gdzie ludzie z życzliwości i przyjaźni chwalą się przed turystami tym co cenne. Gdzie wystarczy się uśmiechnąć do innych i świat wydaje się od razu lepszy. Do mieszkania dotarliśmy spóźnieni o pół godziny ale nikt nie robił nam wyrzutów. Bienvenido Buenos Aires!


Zmęczeni lotem i różnicą czasu postanowiliśmy iść na lekcję tylko do Rominy, naszej znajomej i nauczycielki z poprzedniej wizyty. Resztę dnia postanowiliśmy poświęcić na rozejrzenie się po okolicy, pomyszkowanie po starych uliczkach i zdobycie informatora o lekcjach i milongach. Bez presji – takie było założenie. No cóż – nie wypaliło. A to dlatego, że chwilę po wyjściu agentki Tomek postanowił zrobić sobie kawy i okazało się że w naszej kuchence nie ma gazu. To znaczy jest, a i owszem, czuć jak się ulatnia i śmierdoli. Ale mimo przykładania zapalniczki do palników, ognia nie uświadczysz. Jedynie w piekarniku ale przecież nie będziemy piec wody na herbatę. W efekcie pół dnia spędziliśmy w kafejce internetowej próbując telefonicznie a potem mailowo skontaktować się z agencją w celu usunięcia tej „niedogodności”, jak to nazwano. Ostatecznie machnęliśmy ręką gdy usłyszeliśmy, że właścicielka mieszkania przebywa obecnie w Panamie a mąż jest aktualnie nieuchwytny. Stwierdziliśmy ze jakoś to będzie i powędrowaliśmy na lekcję. Tomek szedł jak na ścięcie zastanawiając się co mu powie Romina. Dopadł go typowy kryzys i brak wiary w swoje umiejętności. Właściwie nic dziwnego – na co dzień mogę obserwować jak spalają się niektórzy uczniowie tańcząc ze swoimi nauczycielami i chcąc wypaść jak najlepiej w ich oczach. Teraz tylko inaczej rozdano role. Tak więc szliśmy oczekując nieśmiertelnego „muy bien pero…” zastanawiając się tylko jak duże będzie to „ale”. Ale przede wszystkim cieszyliśmy się z kolejnego powrotu. Czekając aż Romina otworzy nam drzwi mknęliśmy myślami do poprzednich wizyt. Właściwie nic się nie zmieniło. Ten świat trwał niejako nieporuszenie – ten sam odrapany tynk, ten sam napis na drzwiach, ta sama knajpka na rogu Tylko pogoda inna.

Słońce i ciepło zamiast mroźnych podmuchów wiatru. Ale gdy Romina wpuściła nas do środka wiedziałam już że czas jednak toczy się do przodu i zostawia swoje ślady na naszych twarzach. Po lekcji siedzieliśmy razem a Romina opowiadała o śmierci swojej teściowej, piekle umierania i ciężarze pożegnań. Wygląda na to, że trafiliśmy na koniec jej żałoby. A tango zatańczone z Tomkiem było pierwszym od ponad trzech tygodni, które minęły od pogrzebu. Mój angielski nie jest świetny ale są takie sytuacje kiedy to nie zasób słów i wymowa są najważniejsze. Być może zresztą spokojne tango, w którym Tomek kołysał Rominę było ważniejsze niż wszystkie wypowiedziane słowa współczucia i zrozumienia. Co do lekcji to „pero” okazało się mniejsze niż się obawialiśmy, a chociaż czeka nas trochę pracy nad drobiazgami to przynajmniej są to nowe drobiazgi a nie stare błędy powtarzane z uporem maniaka. Po powrocie do naszego mieszkania okazało się dodatkowo, że musiał nas w magicznym międzyczasie nawiedzić maż właścicielki i przywrócił nam gaz w kuchence. Mam niejasne podejrzenie, że jest to w jakiś sposób związane z inną pozycją metalowej wajchy wychodzącej ze ściany. Czyżbyśmy znowu okazali się intelektualnymi kalekami?

Resztę popołudnia i wieczoru spędziliśmy snując się po starych, dobrze znanych uliczkach. Odwiedziliśmy też sklep z butami, żeby nabyć coś dla Tomka. Ku naszemu zaskoczeniu rozpoznał nas sprzedawca. Ciekawe czy inne osoby, z którymi jeszcze się spotkamy też będą nas pamiętały… W każdym bądź razie spotęgowało to uczucie powrotu do miejsca, które w jakimś stopniu poprzednim razem zaczęliśmy traktować jako drugi dom. Dobrze, że mieszkamy gdzie indziej bo wrażenie deja vu byłoby wprost namacalne. Zamieniliśmy bowiem ciche ale odległe Palermo na gwarne uliczki San Telmo, skąd spacerkiem możemy dostać się na większość zajęć i milong. Hałas jest porażający ale nasze okna wychodzą na podwórko, gdzie jedyne dźwięki wydaje jakaś wściekle muzykalna kicia. Mieszkanko jest mniejsze ale nie zamierzamy w nim spędzać zbyt dużo czasu. Zwłaszcza, że nasza lodówka wydaje szczególne odgłosy. Właściwie usłyszałam ją dopiero zasypiając wieczorem i przez chwilę zastanawiałam się skąd znam ten dźwięk. Olśnienie przyszło natychmiast po zamknięciu oczu. Taki sam hałas słychać w naszej sypialni gdy szalejąca na zewnątrz wichura usiłuje zerwać dach naszego domu. Taki drobny akcent przypominający nam rodzinne strony  Jakbyśmy mogli zapomnieć…


Generalnie radosny „come back” trwa nadal. A wiadomości z tangowego frontu pojawią się w kolejnych notkach.
 

Dalszy ciąg wyprawy

blog comments powered by Disqus